sobota, 8 lutego 2014

Recenzja musicalu "Wicked"


Moja rodzinka ma całkiem zabawne poczucie humoru. W moje ostatnie urodziny, z okazji urodzin mamy (skomplikowane, mimo to logiczne), zostałam zapakowana w samolot i wywieziona do Londynu, gdzie miałyśmy wspólnie świętować i zwiedzać. Niezbyt optymistycznie nastawiona do życia po podróży (samoloty, wisielcze żarty o Smoleński i bestialstwo sióstr), wiedziałam jedynie, że pójdziemy na coś tam do teatru.
O tytule Wicked wiedziałam tyle, że wyszła taka książka. Zwyczajowo chciałam przeczekać wielkie bum, przed ewentualnym przystąpieniem do lektury, aż książka potanieje, gdyż uważam, że warto mieć solidny tomik na półce, żeby w każdej chwili móc do niego wrócić. Tak więc wielkie było moje zdziwienie, kiedy nagle, na miejscu, okazało się, że owo „coś tam” to musical o tym samym tytule.
Z językiem angielskim nigdy się nie lubiliśmy – owszem, czytałam coś niecoś po angielsku, a część słów można wywnioskować z kontekstu, jednak nie wszystko. Jak więc musiała się tam czuć moja matka, która dalej mówi „śiur”? Ku mojemu zdumieniu, zapytana podczas przerwy odparła, że rozumie, co się dzieje. Rzeczywiście – przekaz wydawał się bardzo prosty.
Musical Wicked jest spektaklem, który narodził się na Broadwayu, do którego słowa i muzykę napisał Stephen Shwartz. Historia napisana przez Winniego Holzmana, na podstawie powieści Gregorego Maguirego Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu.
Ale zacznijmy od początku...