czwartek, 30 października 2014

Jeleniogórskie... Zaduszki Jazzowe?

Bilety z tramwaju
Moja kochana mama ma to do siebie, że czasami zaskakuje. Potrafi ni z tego ni z owego podejść i powiedzieć: „kupiłam sobie nową bluzkę, ale jest za mała” (w domyśle: ubierz to i zacznij wyglądać jak człowiek) albo pomachać przed nosem biletami i oznajmić, że mam nie planować sobie wieczoru. Tak też było teraz.
Skróciłam ostatnie warsztaty kreatywnego pisania, które miałam przyjemność prowadzić i mogłyśmy jechać. Po kłótni o to, gdzie mam zaparkować i doczłapaniu na miejsce, nieco przytłoczyła mnie ilość dobrze ubranych osób. Wyglądałam pewnie lepiej, niż pan, który przyszedł we flanelowej koszuli w kratę, ale zdecydowanie gorzej, niż większość kobiet. Całych na czarno. „Co to, Zaduszki Jazzowe?” zapytała mama, z uśmiechem zerkając na bilety.
Mnie zaś bardziej nurtował rozmiar sali.
Od ponad godziny wysłuchiwałam, jaki to wspaniały i cudowny koncert. Logicznym wydawało się, że powinien odbyć się na naprawdę dużej sali. Najlepiej takiej z kryształowymi żyrandolami i w ogóle. Do Filharmonii nie chadzam często, a ostatnio byłam tam na świetnym koncercie, gdzie grała cała orkiestra i sala wydała mi się nieco większa.
Widać nie jestem obyta i wychodzi to razem ze słomą z moich butów ;) Kolejnym „szokiem kulturowym” było to, że sporo osób robiło zdjęcia (co również mnie ośmieliło, skoro zamierzałam napisać jakiś tekst).
„Tss, mamo... a skąd tak w ogóle masz bilety?” – zapytałam, w przerwie pomiędzy jej zachwalaniami.
„Jak to skąd? Z tramwaju.” – Przyznaję, chwilę mi zajęło skojarzenie faktów. A zabawna anegdotka o ostatnich biletach i wygrzebywaniu drobniaków nie jest moja, więc zamilknę.

Okiem laika
JGJ Festiwal – Jeleniogórskie Gwiazdy Jazzu to coś naprawdę godnego polecenia! Nie było prowadzącego, osoby, która by coś mówiła, ubierała to w jakąś ideologię. I chyba dobrze. Odniosłam silne wrażenie, że chodziło o dobrą zabawę – i nie mam na myśli widowni! Z twarzy Marka Napiórkowskiego (gitarzysta) nie schodził uśmiech, Adam Czerwiński (perkusja) chyba żuł gumę i często rzucał ewidentnie zabawne uwagi do Wojciecha Karolaka (organy Hammonda), który miał na sobie koszulkę jakiejś drużyny piłkarskiej. Ba! Nawet podczas solówek jeden śmiał się, słysząc, co drugi wyczynia!
Po raz pierwszy słyszałam na żywo organy Hammonda. Powiem tyle: WHOA! Coś niesamowitego! Wojciech Karolak, jak powiedział podczas przedstawienia pan Napiórkowski, jest niesamowitym mistrzem. I udowodnił to ze sporym przytupem. Chodzi o to, że kojarzyłam ten dźwięk z utworów jazzowych, ale nigdy jakoś nie przebił się do mojej świadomości. Tutaj organy były rozpoznawalne, miały swój charakter. Nie stanowiły szarego tła. 
Podobnie sprawa się ma z perkusją.
Wyobraźcie sobie taką scenę: perkusista gra swoje, wali w bębny i nagle... mówi coś do siedzącego obok muzyka i odkłada pałeczki, żeby wydobyć z bębnów zupełnie inny dźwięk za pomocą... poślinionego palca. Nie wiem, czy zaskoczył tym gitarzystę, ale niewątpliwie tamten musiał powstrzymywać śmiech. Cóż. Publika się nie powstrzymywała, a po ostatnim dźwięku nagrodziła gromkimi brawami kreatywność i poczucie humoru. (Oki, może znowu wychodzi mi słoma z butów i to coś zupełnie normalnego, ale ja o tym nie wiem i chcę się cieszyć dalej :D). Z całej trójki, na niego najlepiej mi się patrzyło. 
Ach i ta gitara! Aż nie wiem, co można by o tym napisać. Widać było, że Marek Napiórkowski jest osobą, która kocha to, co robi i robi to, dając z siebie trzysta procent. Patrząc teraz na zdjęcia, nie jestem pewna, czy nie przywidziało mi się, że podczas solówki zrobił się czerwony na twarzy. Porwał całą salę do tego stopnia, że siedzieliśmy z zapartym tchem i dopiero pan Czerwiński z uśmiechem przypomniał, że wypadałoby nagrodzić solówkę brawami.

Za chwilę rozwalimy tę budę”
Powiedział po drugim utworze pan Napiórkowski, niejako potwierdzając moje obawy.
Godzinę wcześniej miałam z moją kochaną mamą maleńką awanturę o głośność puszczonej w samochodzie muzyki (tuż przed awanturą o temperaturę). Według niej było o wiele za głośno (zazwyczaj słucham dwa razy głośniej) i ściszyła tak, że silnik zagłuszał orkiestrę ze starego iPoda. Na koncercie musiałam ukradkiem zatykać ucho, a i tak bębenki mi wysiadały.
Nie wiem, może i to taki zwyczaj, nieco ogłuszać albo grać jak dla przygłuchych, ale naprawdę. Nieco ciszej i byłoby o wiele lepiej. 
Chociaż trzeba przyznać – czułam muzykę w trzewiach. Dosłownie! ;)

Masło wyborowe
Świetny komediant o niesamowitym głosie – tak mogę opisać StanisławaSojkę, który po kilku utworach wkroczył na scenę. Od razu usiadł do fortepianu i zaczął grać, jakby to pierwszy utwór (niestety nie znam tytułu, ani nie pamiętam, jak to szło) stanowił powitanie.
Podczas kolejnego, „Absolutnie Nic”, pan Sojka udowodnił, że potrafi nawiązać kontakt z publicznością. Razem z nim śpiewaliśmy te dwa proste słowa, a kiedy tylko nasz zapał opadał, upominał nas, sprawnie wplatając w tekst „nie słyszę was”.
Pojawiły się również utwory takie jak „Zycie to krótki sen”, czy „Tango Memento Vitae”.

Straszne ręce!
Wraz z powrotem pozostałych artystów, na scenie zagościł zagraniczny repertuar. Pan Sojka oderwał się od fortepianu i podszedł na środek sali, gdzie zaśmiał się, że teraz nie wie, co zrobić z rękami, jednak ma za sobą świetny zespół i na pewno się uda.
A teraz połączmy świetny zespół i świetnego wokalistę. Co nam wyjdzie?
Pan Sojka zaśpiewał tak, że klękajcie narody! Czapki z głów i w ogóle! Od dawna nie słyszałam naprawdę dobrego wokalu i zostało mi to brutalnie uświadomione. Dodatkowo różnicę stanowiło to, że kiedy występował sam, śpiewał po polsku, a teraz przerzucił się na język angielski.
„Since I met You baby” czy „You've Got a Friend” zostały ubrane we wspaniałą oprawę instrumentalną (podczas której rozpływałam się nad tym, co robi perkusista).
Widać, naprawdę było widać, że wszyscy na scenie doskonale się bawią!

Instytucja kulis...
...nie jest taka głupia. Utrudnia wykonanie bisu” powiedział jeden z panów. 
Szkopuł w tym, że jakoś słabo kulisy zadziałały, bo wszyscy zebrani stali i klaskali tak długo, że artyści nie mieli wyboru i w końcu wyszli i zagrali. 
Dwa razy ;)
Pod koniec wyszło też na jaw, że kilka dni wcześniej Marek Napiórkowski miał urodziny. Kilka osób (w tym ja) zaczęło na widowni śpiewać „Sto lat”, niestety zanim się zrobiło z tego huczne „Sto lat”, przerwał nam pan Sojka i sam zaśpiewał... Pomagaliśmy ;)
Nie wiem, czy kogokolwiek zachęciłam do pójścia na koncert jazzowy. Ja pójdę!

Więcej o festiwalu można znaleźć: tutaj i polecam jeszcze tutaj.





wtorek, 14 października 2014

Literackie eksperymenty

Wczoraj zaczęłam powoli się zabierać za sprawdzanie tekstów. Odkryłam, że kopie zapasowe podesłane na własnego maila, czy na pendrive są bardzo ważne. Nie mogłam znaleźć jednego tekstu, gdzie powinien był być - straciłam kilka plików, bo nagle laptop się na mnie obraził. Ale spoko, już się dogadujemy!
No więc szperam i szukam... i nagle znalazłam coś, co się nazywa "Rozdział 1". Wielkie było moje zdziwienie, kiedy to otworzyłam i zaczęłam czytać, a jeszcze większy banan na ustach, kiedy skończyłam (i zaróżowione czoło od licznych uderzeń otwartą dłonią).

"Prawdziwy mag bojowy zna wiele czarów, które zwiększają jego sprawność fizyczną. Radzi sobie doskonale z przeciwnościami losu, a w szczególności z tymi, które niespodziewanie się na niego rzucają! Jakim więc cudem garstka tych gejowskich istot obiła go do nieprzytomności?
Odpowiedź nasuwała się sama: był idiotą. Skończonym pasztetem, ofiarą losu i wszystkim tym, co nie nadawało się do zjedzenia.
Ale taki Robert już był. Nefel spojrzał na maga z pewną dozą czułości, jak tak sobie leżał zwalony z urwiska. Kończyny zabawnie sterczały na wszystkie strony, a tamta ręka nawet zginała się w dziwnym miejscu, pod dziwnym kątem. Duch nie był pewny, czy śmiać się, czy płakać.
Wybrał tę pierwszą opcję i od razu ruszył szukać pomocy.
– Czop niemyty – stwierdził poetycko pod adresem przyjaciela."

Tak, ten tekst mi się podoba i nie dbam o to, co mówią inni :)
Ale pomysł, żeby napisać coś z perspektywy Nefela jest naprawdę ciekawy... i niepokojący.

poniedziałek, 13 października 2014

Dziennik z Siedmiogrodu: 2

Od pewnego czasu czuję presję, żeby coś tutaj napisać – obiecałam kiedyś sobie, że będę publikować cokolwiek na tym blogu przynajmniej raz w miesiącu.
Sierpień i wrzesień upłynęły dosyć pracowicie, mianowicie: miałam praktyki w Urzędzie Miejskim Szklarskiej Poręby. 
Świetna sprawa, mówię Wam. Oczywiście pierwszego dnia zaliczyłam wtopę, ale co tam, później było coraz lepiej. Podczas praktyk nauczyłam się naprawdę wiele i jestem wdzięczna wszystkim osobom za wsparcie, pomoc i przede wszystkim za wyrozumiałość. Panu Sekretarzowi za to, że mnie przyjął i znosił ciągłe wizyty, całemu działowi Promocji Miasta, za poświęcony czas i wyrozumiałość, wszystkim z MOKSiALu, za świetną zabawę i pomoc w organizacji warsztatów i przede wszystkim ulubionemu Redaktorowi, który mężnie przebijał się przez kolejne maile. Świetni ludzie!
Popełniłam sporo tekstów, napstrykałam mega dużo zdjęć. Nauczyłam się, co powinno znaleźć się w takim tekście i na zdjęciu. Gdzie chodzić i zdobywać informacje.
Oczywiście miałam również mojego mrocznego przeciwnika, antagonistę, którego nie chciałby drażnić nawet Sauron... słaby zasięg. Przez to draństwo mam bardzo słaby internet i dalej mężnie walczę, żeby zdobyć internet na kablu...
Przez minione dwa miesiące poznałam sporo ciekawych osób, byłam na mnóstwie cudownych imprez, z których najczulej wspominam (bo miałam najwięcej roboty): Festiwal Rowerowy i ArtSkwer. 
Kilka zdjęć umieściłam poniżej. Trudno było coś wybrać z tych zrobionych TYSIĘCY!



Z nowości: dzięki warsztatom, które prowadzę, zmieniłam swoje nastawienie do pisania. Skończyłam również drugą w życiu powieść, jednak tym razem jest to taka, której nie wstydzę się (aż tak) pokazać wydawcy. Pozostaje jeszcze korekta i spróbuję to podrzucić pewnemu dobremu człowiekowi (razem z koszem babeczek).
Mam nadzieję, że do końca tego roku okaże się, czy mam predyspozycje do zostania pisarzem...
A że oczywiście mam i mój tekst jest tak genialny, że po wydaniu w tydzień zostanie bestselerem, mogę już zacząć ćwiczyć podpisywanie książek :P Przecież miałam zaczepistych mistrzów!! ;)





ArtSkwer








Festiwal Rowerowy:
















Zostałam poproszona o zajęcie się SkateParkiem. Okazało się, że pomimo moich przypuszczeń, ci zawodnicy są najmniej przyjaźnie i entuzjastycznie nastawieni. Tyle narzekań, co się tam nasłuchałam, nie słyszałam nigdzie - a byłam WSZĘDZIE!












Zawody w Grzybobraniu!

(bardzo pozytywna impreza)







czwartek, 14 sierpnia 2014

[Bo na rodzinie zawsze możesz polegać...]

Ścigana gradem, całe szczęście niecelnych, kul, dwójka mężczyzn przeskoczyła nad barem, usiłując czym prędzej zejść z linii ognia. Dopiero teraz mieli chwilkę na chwycenie własnej broni.
Polak spojrzał na partnera, który wyciągał do niego rękę z jakąś szmatą. Nie zrozumiał gestu na początku, jednak po chwili przyszedł ból postrzelonej nogi. Westchnął cicho, wyciągając rękę nad blat, żeby chwycić swoją szklankę z brandy. Wydał na to cholerstwo uczciwie zarobione pieniądze i nie miał zamiaru pozwolić, żeby zmarnowała się chociaż kropla... jednak pierwszy z trzech wystrzałów zmusił go do ponownego rozważenia tej straty. Ostatnia kula jak na złość trafiła w szklankę, sprawiając, że złocisty płyn zalał mu głowę.
– Kurwa twa mać! Niech cię! – zawołał, nic więc dziwnego, że Kevin, jego nie rozumiejący do końca niuansów polskiej mowy partner, spojrzał nań z niepokojem.
– Poddaj się, bar jest otoczony! – zażądał Kevin po angielsku. – Nie uciekniesz!
Stephen Hearne, miejscowy diler, wyraźnie nie miał zamiaru się poddawać, bo w odpowiedzi posłał kilka kolejnych kul, już celniejszych, które unicestwiły więcej butelek. Barman wpełzł pod zlew, kiedy tylko pojawiła się broń i dobrze, lepiej poprzestać na jednej ofierze.
U stóp Hearne leżał Spiegelman, dostawca towaru, którego mieli zadanie zgarnąć. Cóż. Nie do końca się udało, ale najważniejsze przecież, że już więcej nie będzie jego towaru na rynku... tia, jasne.
– Zajebmy go – poprosił Polak, na co Kevin tylko pokręcił głową.
– Nie możemy, Peter. Musimy go mieć żywego – odparł po angielsku.
Polakowi bardzo się to nie podobało, jednak cóż mógł uczynić? Westchnął z rezygnacją i rozejrzał za czymś mocniejszym do zalania rany. Wódka. Piękna, pełna butelka, która się do niego uśmiechała, a jednocześnie była poza zasięgiem. Odkaziłby się... od środka...
Czekali cztery godziny, zanim diler się poddał. Cztery cholerne godziny wyjęte z życia. Cztery godziny gapienia się na drwiącą z niego butelkę. Cztery godziny wysłuchiwania tych żałosnych negocjacji, podczas których pragnął wstać i rozwalić Hearnemu łeb. Aaaach!
Kiedy diler w końcu zgodził się na warunki, Peter chciał chociaż wykręcić mu boleśnie łapy do tyłu podczas skuwania, jednak to Kevin doświadczył tego zaszczytu, za argument mając postrzeloną nogę partnera.
– Idziemy później na jednego?
– Na dwa... no może pięć – poprawił go Polak, wyłamując dźwięcznie palce.
Medycy omal nie dostali apopleksji, kiedy zobaczyli brudną szmatę, którą Peter przewiązał nogę. Teraz była już bardziej czerwona, niż szara, no ale swoje wiedzieli i za nic nie dali się odprawić, kiedy tłumaczył, że „to przecież tylko draśnięcie”. Zgarnęli go do karetki, gdzie obowiązkowo opatrzyli ranę po swojemu, po czym zawieźli do szpitala na założenie szwów. I po co one komu? Sześć szwów, wielka rzecz.
Ta postawa zawsze bawiła Kevina i agent nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy karetka odjeżdżała. Teraz miał inne sprawy na głowie – wyciągnięcie z dilera wszystkiego, co wie.

– Gdzie jest paczka? – zapytał agent jeszcze w drzwiach sali przesłuchań.
Stephen Hearne, diler, a jednocześnie człowiek mafii, którą Kevin miał nadzieję w końcu rozbić. Problem w tym, że tamci byli zawsze dwa kroki przed nim. Jeden z informatorów, którzy pracowali dla agenta, przekazał, że kilka dni temu skradziono pewną ważną przesyłkę z rządowego laboratorium w Waszyngtonie. Paczkę, w której, jak się okazało, były wszystkie informacje o sondzie kosmicznej Voyager 1. Wszelkie obliczenia i wytyczne...
I tu właśnie wracaliśmy do Hearne, który zabił Spiegelmana, który rzekomo miał być w posiadaniu przesyłki. Kevin miał szczerą nadzieję, że dojdzie do tej typu wymiany, jednak kiedy diler zobaczył odznakę, wpadł w panikę i zabił dostawcę.
– J-jaka paczka? – zapytał, a jego rozbiegane oczka wykonywały ten cholerny taniec: agent-drzwi.
– Ta, którą miał ci przekazać Siegelman! – Osobom, jak Hearne nie należało dawać ani chwili na zastanowienie. Trzeba było go przydusić i wyciągnąć wszystkie informacje. Im szybciej, tym lepiej. – Lepiej zacznij gadać! Nie mam nastroju na durne gierki, a już tym bardziej nie z osobą, która postrzeliła mojego partnera!
Naprawdę nie lubił się tak zachowywać. To Polak zawsze odgrywał rolę złego gliny.

Kolejną godzinę maglował Hearnego w towarzystwie adwokata, który jakoś niespecjalnie (dziękować Niebiosom), przykładał się do swojej pracy. Kiedy w końcu doszli do jako takiego układu, diler wyjaśnił, że Spiegelman miał mu przekazać numer szafki na dworcu kolejowym, w której była przesyłka.
Kevin błyskawicznie skorzystał z tej informacji i razem z ekipą pojechał na miejsce, gdzie okazało się, że ktoś wyłamał zamek w szafce. Agent poczuł się, jakby ktoś zdzielił go w potylicę patelnią. Albo i dwiema.
– Chcę mieć nagranie z kamer bezpieczeństwa! Już! – ryknął, o czym złapał się za nasadę nosa.
Wracał ten cholerny ból głowy, który doskwierał mu odkąd postanowił rozpracować mafię. Gnoje zabiły jego poprzedniego partnera, przez co wylądował z nowym... z Polakiem! Peter nie był rodowitym Polakiem, jednak studiował tam informatykę i psychologię. Jakby tu nie było dobrych uczelni. Na jego nieszczęście, nabrał tam tego przykrego nawyku picia wódki w ilościach hurtowych.
Kevin stał nad technikami, którzy ściągali odciski palców z szafki, kiedy podeszła do niego Lara z tą jej miną, która oznajmiała całemu światku, że wszystko się spieprzyło.
– Jest problem – zaczęła, na co agent nie mógł się powstrzymać i przewrócił oczami.
– To widzę. Jaki?
– Kamera, która jest ustawiona na te szafki jest zepsuta. Nic nie mamy – oznajmiła. Kevin zaczął kląć pod nosem we wszystkich znanych mu językach. – Ale... spróbujemy z innymi kamerami. Może coś znajdziemy.
– Dajcie z siebie wszystko – odpowiedział po chwili, kiedy zdołał się uspokoić. Był niemal pewien, że nic nie znajdą, a jednak miał szaleńczą nadzieję, że będzie inaczej.

Do Petera dotarł dopiero późnym wieczorem, kiedy wypełnił całą papierkową robotę, jaką wywołały dzisiejsze zajścia. Przyjaciel przywitał go z szeroko otwartymi ramionami, a tę wylewność łatwo było przypisać niemal pustej butelce, którą trzymał w ręce. W takich chwilach Polak bywał nieznośny, gdyż oznaczało to, że za niecałą godzinę Kevin wyjdzie, nie mogąc znieść pijackich przyśpiewek.
Zazdrościł przyjacielowi, że może spokojnie pić, kiedy on nadstawiał karku przed szefami. Cóż mógł poradzić? Chwycił podaną mu szklankę wody i łyknął, po czym momentalnie zaczął pluć.
– Co to jest? – wykrztusił, ocierając łzy. Jego organizm domagał się popicia czymkolwiek, jednak Kevin wolał nie ryzykować picia „czegokolwiek” więcej, bez uprzedniego sprawdzenia, ile ma procent.
– To sie nazywa wódka, przyjacielu – odparł Peter, obejmując go ramieniem. – Mys-czyk-lałem, ze juz cik tłumacyłem...
– Ale cała szklanka?
– A co? Miałem ci pozałowac? – zapytał szczerze zdumiony Polak.
Język zaczął mu się już tak plątać, że ledwie dało się go zrozumieć, jednak nie przeszkadzało to Kevinowi, dopóki Peter nie zaczął śpiewać. Nawet znieczulenie dwoma szklankami wódki nie pomogło i agent szybko wtoczył się do taksówki.

Kiedy tylko Kevin odjechał, Peter odetchnął z ulgą. Czym prędzej odszedł od okna, żeby przepłukać usta i pokuśtykał nad porozrzucanymi śmieciami w stronę swojego pokoju.
Nie zdążył ukryć paczki, zanim agent przyszedł. Praktycznie dotarli do mieszkania w tym samym czasie, jednak innymi drogami. Z nie do końca sprawną nogą ciężko było się wdrapać na trzecie piętro schodami pożarowymi, jednak warto było zachować środki ostrożności. Jeśli ponownie próbowałby wyłgać się wyjściem do sklepu po alkohol, przyjaciel na pewno zacząłby coś podejrzewać. A jeśli zacząłby coś podejrzewać, znalazłby pluskwę przy kluczykach od samochodu. A to by się to skończyło źle.
Mafia... dobre sobie. Kevin nigdy nie pomyślał nawet, że ta jego „mafia” składa się z jednej osoby, która manipuluje informacjami. Peter nigdy nie żałował tego, że zaczął tę zabawę. Ten świat był nudny, szczególnie, jeśli posiadało się sporą przewagę nad wszystkimi. Po prawdzie, nie należano nikogo nie doceniać. Polak omal nie stracił czarnej skrzynki i jedynie przez szczęśliwy zbieg okoliczności odzyskał ją tak szybko i bezboleśnie... no... prawie bezboleśnie.
Jacyż ludzie są delikatni! Lekkie draśnięcie nogi i już nie mogą chodzić normalnie. A jak długo się goją! Peter westchnął ciężko, podchodząc do komputera. Zewnętrzna obudowa wyglądała całkiem normalnie, jednak środek był nieziemski. Dosłownie.
Kiedy chip znalazł się w komputerze, na monitorze pojawiły się obrazy. Z początku nieczytelne, nabierały ostrości, aż dało się rozpoznać sylwetki. Nieludzkie sylwetki. Sylwetki, które... pozowały do zdjęcia? Człekokształtne istoty w przedziwnych, obcisłych strojach, na które naciągnęły koszulki z logiem „Metallica”, a na głowach miały różowe afro-peruki.
Peter spoglądał na to zdumiony, po czym wybuchnął śmiechem. Tia, jego rodzinki zawsze trzymały się żarty.



Ten tekst, wraz z poprzednim, był pierwotnie napisany dla Łukasza Śmigla. Dopiero później ten drań mi powiedział, że ogłosił taki konkurs. Nie wiedziałam i chyba dobrze, bo chyba bym mu nie zaniosła. W ogóle zabawna historia.

poniedziałek, 7 lipca 2014

[Powrót Voyagera]

Voyager 1 wracał na Ziemię spowity ognistą aureolą, a ja długo nie potrafiłem zrobić nic, poza staniem i gapieniem się w niebo.
Ludzie dokoła biegali, krzycząc na siebie, wołając, płacząc, albo śmiejąc się szaleńczo. Jedni błagali najróżniejsze bóstwa o pomoc, inni je wyklinali. Jednak mogłem w tym chaosie wyróżnić kilka grup, czy raczej wzorców zachowań. Jak tylko informacja wypłynęła w mediach, najliczniejszą grupą byli uciekinierzy. Na początku może i miało to jakiś sens, ale teraz? Nie miałem pojęcia, dokąd biegli. Naprawdę myśleli, że w metrze będą bezpieczni? Heh... niewiele wiem o tego typu sprawach, ale słyszałem kiedyś, że asteroida wielkości pięści uderzając w Ziemię, może zrobić kilkukilometrowy krater. A to cholerstwo, które radośnie pędziło w naszą stronę, raczej było większe od pięści.
Voyager 1 to ta bezzałogową sonda kosmiczna, której początkową misją było eksploatowanie układów Jowisza i Saturna. Jednak jakiś mądrala wpadł na pomysł, żeby to cudeńko, które w przestrzeni kosmicznej tkwiło od siedemdziesiątego siódmego roku, ściągnąć z powrotem na Ziemię. Chcieli sprawdzić, jakie syfy ze sobą przytaszczy z przestrzeni międzygwiezdnej. No i sprawdzili. Doświadczalnie. Że te cholerne syfy, które przylgnęły do kadłuba sondy, opatulając ją szczelnym płaszczem, za cholerę nie chcą się palić. Kiedy Voyager minął Księżyc, a później wszedł w atmosferę, coś się koncertowo zjebało i ci genialni, amerykańscy naukowcy, stracili nad sondą wszelką kontrolę.
No i teraz sonda spadała. Prosto na moje miasto, jakby, kurwa, nie miała gdzie spadać.
Kurwa mać. – Powtórzyłem na głos, biorąc kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić. Nie byłem pewien, czy to strach tak na mnie działał, czy złość... a może jedno i drugie? W każdym razie, w końcu ruszyłem z miejsca.

Ludzie krzyczeli, że amerykanie powinni coś zrobić. Co z Białym Domem? Prezydentem? Tym mitycznym, czerwonym guziczkiem, który miał momentalnie uwolnić moc kilkudziesięciu bomb atomowych?! Dlaczego nas nie ratowali? A inne rządy? Co z Rosjanami? Na pewno też mieli coś w zanadrzu!
Cóż. Dla mnie było oczywistym, że takie działania byłyby dla nich nieopłacalne. Z całą pewnością, wszyscy chcieli położyć swoje łapska na Voyagerze i zamiast rozwalić to ustrojstwo w cholerę, szykowali się do misji odzyskiwania czarnych skrzynek, czy co to tam miało. Pewnie już dawno wystartowały samoloty z najodleglejszych krajów, wioząc żądnych krwi agentów...
Wiadomość, że to cholerstwo uderzy właśnie w moje miasto, wypłynęła stosunkowo późno, kiedy na niebie dało się już widzieć dziwny kształt. W pierwszej kolejności uciekły wszystkie burżuje w sportowych samochodach. Nic w tym dziwnego, też bym uciekał, gdybym miał taką możliwość. Przepisy i zasady zdrowego rozsądku momentalnie przestały obowiązywać, nic więc dziwnego, że już pół godziny później nastał koszmar komunikacyjny. Gro mniejszych i większych kolizji stało się już normą. Och, byli też tacy, co za wszelką cenę usiłowali nad tym zapanować, jednak ci rycerze w lśniących zbrojach często okazywali się po prostu walczącymi z wiatrakami, błędnymi rycerzami.

No więc, wracając do opisu grup (co stanowiło na chwilę obecną moje ulubione zajęcie). Początkowo największym, jak już wspominałem, była odsetek tych, którzy usiłowali ratować życia za wszelką cenę. Stali teraz w niekończących się korkach, zdecydowanie nadużywając klaksonów. Ich przeciwieństwem byli ci, którzy w końcu uświadomili sobie, co ich czeka i że nie ma przed tym ratunku. Ich z sekundy na sekundę przybywało i chcąc nie chcąc, musiałem ich podzielić na podgrupy.
Pierwszą podgrupą byli najzwyklejsi wandale, którzy spuszczeni ze smyczy społecznych ograniczeń, szukali wolności w manifestowaniu siebie. A przynajmniej ja to tak rozumiałem. Też się zastanawiałem, czy nie chwycić cegły i nie wybić szyby w mięsnym, gdzie kilka dni temu kupiłem starą kiełbasę, jednak ktoś mnie ubiegł i tak moja zemsta legła w gruzach.
Kolejną podgrupą, również całkiem sporą, stanowili wichrzyciele, czy, jak też lubiłem ich nazywać, fałszywi prorocy. Nawoływali, że trzeba się zwrócić do Boga i tylko On jest nas w stanie teraz uratować. Byli również ich przeciwnicy, mówiący, że to zemsta boska za nasze grzechy. Jednym i drugim chciałem przywalić, ale ich liczebność skutecznie mnie zniechęcała, a pozostało już zbyt mało czasu.
Pośród tłumów wyłoniłem sylwetki nagich osób, tańczących dokoła bezgłowego ciała. Tych nazywałem ekscentrykami, bo robili rzeczy, których obawiali się wcześniej. Teraz nic ich nie mogło powstrzymać przed skokiem na bungie z mostu, czy sprawdzeniu, czy naprędce zrobiona lotnia zdoła utrzymać ciężar człowieka. Nic dziwnego, że często mylili mi się z samobójcami, którzy nie widząc lepszej przyszłości, kończyli z sobą, zanim Voyager to zrobi.
Oczywiście byli też tacy, którzy chowali się po kątach, albo jawnie płakali nad swoim losem. Tych nazywałem sierotkami, bo nie robili nic konkretnego, poza byciem krajobrazem. Osobiście zaliczyłem się do skromnego grona stoików, czyli tych, którzy przynajmniej usiłowali trzeźwo analizować swoją sytuację.
Nie miałem pojęcia, czy znalazłem wszystkie grupy w tym chaosie. Ba! Nawet swojej przynależności nie byłem stuprocentowo pewny!
A tak właściwie, to dokąd ja szedłem? Nie miałem przecież żadnego konkretnego celu, a moje nogi prowadziły mnie przez miasto, czy raczej przez to, co z tego miasta pozostało. Czyżby moja podświadomość utrzymywała mnie w ruchu, żebym nie zwariował, jak inni? Dopiero, kiedy minąłem następne skrzyżowanie, uświadomiłem sobie, że zmierzam prosto do Niej.

Pod jej blokiem panował podejrzany, nienormalny wręcz spokój, przywodzący na myśl ciszę przed burzą. Drzwi na klatkę były zamknięte, jednak wystarczył jeden kopniak, żeby posłać szybę w diabły, a potem poszło już łatwo. Ona mieszkała na drugim piętrze, w mieszkaniu na prawo. Zapukałem, ale nie dostawszy żadnej odpowiedzi, musiałem sprawdzić, czy aby przypadkiem nie jest otwarte.
Było... Dławiony dziwnym niepokojem, rzuciłem w głąb korytarza pytanie o pozwolenie na wejście. Ponownie nie doczekałem się odpowiedzi. Ruszyłem więc w głąb mieszkanka, niepewny, czy Ją zastanę. Nie była raczej typem człowieka, który siedziałby w domu i użalał nad sobą, chociaż w zaistniałej sytuacji, chyba nic by mnie nie zdziwiło.
Z tymi myślami wszedłem do salonu.
Wyglądała, jakby zasnęła z kieliszkiem w ręku. Zasilanie padło jakieś pół godziny temu, jednak nie miałem wątpliwości co do tego, co oglądała, zanim się wykrwawiła. Pusta butelka kilkuletniego wina walała się po podłodze, podobnie paczka papierosów, z której drżącymi rękoma wyciągnąłem ostatniego i odpaliłem od stojącej na stoliku lampki naftowej. Była to ta sama lampka, którą razem kupiliśmy – nasz pierwszy wspólny zakup. Złożyłem ostatni pocałunek na ustach ukochanej i wyszedłem, szargany sprzecznymi myślami. Gdybym został w środku, nie wiem, czy powstrzymałbym się przed podniesieniem z ziemi noża, którym moja ukochana podcięła sobie żyły.
Chciałem wyć, wrzeszczeć, coś rozwalić, lecz jednocześnie pragnąłem pozwolić ujść uczuciom i zacząć beczeć niczym małe dziecko. Nie miałem pojęcia, co by się stało, gdyby z tego stanu nie wyrwał mnie pisk przerażenia.
Piękna, młoda dziewczyna uciekała pędem przed kilkoma mężczyznami. Rzuciłem się jej na pomoc, chociaż stawanie przeciwko takiej grupie mięśniaków to czyste szaleństwo. Zagrodziłem im drogę, co prawdopodobnie pomogło niewieście uciec, a co miałem nadzieję przypłacić co najwyżej pobiciem. Moje zdumienie, kiedy po kilkudziesięciu ciosach jeden z napastników wbił nóż między moje żebra, było nie do opisania. Czułem się oszukany, wściekły i... bezradny.
Kiedy mnie zostawili, z ledwością mogłem oddychać. Ostatkiem sił wstałem z ziemi i ruszyłem do Niej. Jeśli miałem umrzeć, to przynajmniej niech umrę przy ukochanej. Wejście na pierwsze piętro wydawało się rzeczą niemożliwą, jednak ostatkiem sił dałem radę. Ledwie widziałem na oczy, kiedy doczołgałem się do Jej nóg. Powinienem chyba czuć żal, jednak jedynym, co czułem, była satysfakcja i szaleńcze poczucie, że oszukałem Voyagera. Nie zginę w jego cholernej kolizji. Umrę przy ukochanej.
Nie miałem pojęcia, że kilka minut po tym, jak zasnąłem snem wiecznym, zsynchronizowany ostrzał kilku państw unicestwił satelitę, zostaliśmy uratowani, a szczątki Voyagera wpadły do morza. I dobrze.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

[Autostopowicz]

Dzień był nadzwyczaj paskudny, nawet jak na środek wiosny w górach. Deszcz jakby nie miał pewności, czy powinien padać, czy nie. Co chwila dawał złudną nadzieję, że oto koniec, żeby po chwili uderzyć z nową siłą.
To właśnie w takich dniach Ida cieszyła się ze swojej starej Mrówki, jak nazywała czerwoną Toyotkę. Wracała z Jeleniej Góry, z pracy do domu, delektując się myślą o gorącej kąpieli, kubku kakao i czytaniu książki z kotem. Należało jej się. Od pięciu dni non stop tylko pracowała.
Była młodszym kierowcą w hurtowni metalu. Co właściwie miało oznaczać to „młodszy”? Nikt nie był pewien. Wykonywała tę samą pracę, co pozostała dwójka kierowców. Najbardziej lubiła zostawać w magazynie i jeździć wózkiem widłowym. Wymagało to pewnego rodzaju finezji, wyobraźni, której niejednokrotnie brakowało jej kolegom.
Ale teraz była sobota, a dokładniej: sobotnia noc. Jutro będzie miała cały dzień tylko dla siebie. W końcu będzie mogła się wyspać, odpocząć. Tak, właśnie tego jej tak rozpaczliwie brakowało.
Te przemyślenia przerwał klakson. Momentalnie się otrząsnęła, wracając na swój pas ruchu. Serce podskoczyło jej do gardła, kiedy uświadomiła sobie, że omal nie zasnęła za kierownicą. Może była bardziej zmęczona, niż myślała? Zwolniła, pozwalając, żeby samochód jadący z tyłu ją wyprzedził.
To wina tej pogody – mruknęła, wbijając wzrok w drogę.
Ledwie zauważyła człowieka, który machał ręką, stojąc w zatoczce autobusowej. Ida wątpiła, czy cokolwiek będzie o tej godzinie jeszcze jechało w stronę Szklarskiej Poręby. Ostatni PKS odjeżdżał koło dwudziestej i to nie tą drogą.
Zazwyczaj bała się zabierać obcych, jednak ulitowała się nad autostopowiczem i zwolniła. Biedny człowiek, pewnie cały przemókł. Jeszcze nabawi się zapalenia płuc. Zabranie go może przynieść dodatkową korzyść – nieznajomy będzie doskonałym zabezpieczeniem, żeby nie zasnęła.
Kiedy tylko się zatrzymała, nieznajomy otworzył drzwi i witając się wylewnie, wsiadł. Pachniał deszczem.
Dobry wieczór – odpowiedziała. – Pan do Szklarskiej?
Dziękuję pani bardzo – uśmiechnął się sympatycznie. – Dokąd tylko pani będzie mnie w stanie podrzucić.
Wydawał się całkiem sympatycznym człowiekiem. Niewiele młodszy od niej. Może student? W sumie nie było w nim nic, co wydawałoby się nienormalne. Niemniej jednak Ida czuła dziwny niepokój, jakby coś podpowiadało jej, że nie można chłopakowi ufać. Że on nie powinien tu być.
Zrzuciwszy podobne przeczucia na karb zmęczenia, ruszyła ponownie w drogą.
źna pora – zagadnął, kiedy kolejny raz ziewnęła rozdzierająco. – Może zabawię panią rozmową?
Jaka pani? Jestem Ida. – Zawsze czuła się głupio, kiedy niewiele młodsze osoby zwracały się do niej „pani”.
Patryk. W takim razie jesteśmy już przyjaciółmi – zaśmiał się. – A więc mogę ci opowiedzieć o mojej serdecznej przyjaciółce. – Zaczął, zanim kobieta zdążyła zaprotestować. –To była naprawdę niesamowita osoba. Wesoła, życzliwa, czasami może zbyt gadatliwa. Była w ciągłym ruchu... może to dlatego nikogo nie znalazła? – zastanowił się. – W każdym razie wszyscy ją lubili. Bywała na wielu imprezach...
A więc jednak trafiła na świra... Nie była pewna dokąd to zmierza. Miała wrażenie, jakby Patryk opowiadał właśnie o niej. Jeśli nie byłaby tak zmęczona, zagadałaby go na śmierć. Tymczasem on opowiadał o tym kimś... w formie przeszłej na dodatek. To było tak dziwne, że kobieta nie wiedziała, czy powinna mu przerwać. W sumie i tak go nie znała, nie znała też osoby, o której mówił.
...No i w końcu przyszedł ten dzień – kontynuował – kiedy moja droga przyjaciółka odeszła ze świata żywych.
To bardzo przykre – powiedziała zduszonym głosem, niepewna, jak właściwie powinna się zachować.
Owszem, przykre. Tym bardziej, że był to wypadek w pracy.
Ida jęknęła w duchu. A więc przez swoje dobre serce będzie musiała teraz przez kolejne pół godziny pocieszać tego chłopaczka. Tamta przyjaciółka to pewnie jego dziewczyna, albo coś. I pewnie zginęła niedawno. Biedny Patryk. Jednak to chyba nie oznaczało, że musi składać mu wylewne kondolencje? Już żałowała, że kazała mu mówić do siebie na ty.
Tym bardziej przykre, że to jej chora ambicja ją zabiła – dodał po chwili. – Miało to miejsce tuż po jej awansie. Praktycznie w dniu awansu. Rozproszyła się na chwilę przy pracy, którą wykonywała od lat i trach. – Mówił to głosem, który wywoływał dreszcze na plecach Idy.
Naprawdę współczuję – powiedziała, mając nadzieję, że skończy.
Trzeba bardzo uważać w pracy... – dodał, jakby zamyślony, żeby po chwil wlepić wzrok na coś z boku drogi. – Ty też uważaj, przyjaciółko.
Ida szybko przeniosła wzrok na drogę i ponownie serce podskoczyło jej do gardła. Na środku jezdni stała sarna. Wpatrywała się tymi swoimi wielkimi oczami w kobietę, kiedy ta hamowała z piskiem opon.
Samochód zatrzymał się raptem dwa metry przed zwierzęciem, które uciekło w las.
O matko... – jęknęła Ida. – Nic ci... – zaczęła zadawać pytanie, zerkając na pasażera, jednak jego miejsce było puste, a drzwi na oścież otwarte. Wystraszona również wysiadła z samochodu. – Patryk?! – zawołała, jednak jego nigdzie nie było.
Stała na deszczu dłuższą chwilę, szukając autostopowicza, jednak jego nigdzie nie było. Zdążyła zmoknąć, zanim stwierdziła, że to bez sensu.
Dziwak – rzuciła pod adresem chłopaka i ruszyła w dalszą drogę.

Przywitał ją kot, mrucząc niczym kosiarka i atakując nogi. Jednak Ida nie dała się nabrać. I jak zwykle cała miłość prysła bez śladu, kiedy tylko nasypała karmy do miski.
Nie ma to jak własne mieszkanie, własny kredyt i własny kot. Trzy rzeczy, jakimi może się cieszyć przeciętny polak. Przez myśl przeszło jej, że przydałby się też jakiś własny mężczyzna, który witałby ją z otwartymi ramionami i przytulał po całym dniu ciężkiej pracy.
Zaśmiała się na tę myśl.
Takie rzeczy można było wyczytać jedynie w romansidłach i książkach fantasy.
A dzisiaj... miała inne plany. Kakao, książka i kot. Trzy K potrzebne do pełni szczęścia i żeby w końcu trochę odpocząć.
Rozplotła ciasny warkocz i ruszyła na spotkanie z wanną pełną gorącej wody.

Ida nie była w stanie zapomnieć o Patryku i jego dziwacznym zachowaniu. Spróbowała to nawet opowiedzieć siostrze, jednak ta zbeształa ją za branie nieznajomych do samochodu. Na dodatek w środku nocy. Tak więc Ida musiała bić się z tym w myślach sama.
Poniedziałki zawsze były najgorszymi dniami tygodnia. Należało wstać po niemal nieprzespanej nocy, bo spała zazwyczaj do południa... albo i do wieczora. Wtorki były pod tym względem lepsze, łagodniejsze dla zdrowia.
Na ósmą do pracy, co oznaczało wyjazd o siódmej ze Szklarskiej.
Kręta droga, opadająca powoli ku kotlinie. Tuż za tablicą informującą, że wyjeżdża się z terenu zabudowanego, należało wrzucić na luz i toczyć się zakrętami za innymi samochodami. Czasami, w nieco późniejszych godzinach i zazwyczaj w sezonie, trafiał się jakiś inteligent, który hamował na każdym zakręcie. Ale nie, nie przed zakrętem, żeby zredukować delikatnie prędkość. Takie osoby zazwyczaj pokonywały cały zakręt na hamulcu! Ida nienawidziła takich osób z całego serca. Łosie jedne... niech się uczą gdzie indziej jeździć, zamiast utrudniać ruch.
Na szczęście w poniedziałki, z samego rana takie osoby raczej się nie trafiały. Za to liczniejsi byli ci, którzy wyprzedzali na zakrętach i pędzili, jakby ich sam diabeł gonił.
ż. Może śpieszno im było na własny pogrzeb, jak to nawiał jej ojciec.
Do pracy dojechała dobry kwadrans przed czasem. Wyśmienity wynik. Należało się jeszcze przebrać i można odbijać kartę. Chwilę potem była już w biurze, żeby dowiedzieć się, co musi zrobić tego dnia.
Pani Ido, jak zwykle przed czasem – przywitał ją dyrektor, z szerokim uśmiechem na twarzy.
Dzień dobry panu – odpowiedziała, odwzajemniając uśmiech.
Ha... No to prosto z mostu – zaczął, przybierając poważny wyraz twarzy, co nieco zaniepokoiło kobietę. – Dostaje pani awans na kierowcę. Stwierdziliśmy z Mariolą, że ten „młodszy” przed „kierowcą” to jednak zły pomysł. W sumie nawet nie wiedzieliśmy, czemu miałby służyć, skoro wykonuje pani wszystkie te prace, co pozostali.
No to prosto z mostu – powtórzyła z uśmiechem. – Łączy się to z podwyżką?
Na razie sto złotych wystarczy? – zapytał, kręcąc rozbawiony głową. Idzie zawsze się wydawało, że ją lubi i nie omieszkała tego wykorzystać. – Jeśli się pani postara, może dojdzie premia.
Jak najbardziej, dziękuję panu.
W sumie sto złotych na miesiąc, w tej firmie, przy takiej pracy to nie było nie wiadomo jak wiele. Ale dobre i to. Z uśmiechem zanotowała na karteczce wszystkie instrukcje i pognała do magazynu, żeby załadować palety na tira, którym później będzie musiała dzisiaj przejechać kilkaset kilometrów.
Ale nie bez kawy – pomyślała. – Albo i trzech.
Będzie musiała się naprawdę postarać, żeby dostać premię. Dyrektor nie był raczej osobnikiem skłonnym rozstawać się z funduszami spółki tak łatwo.
Zdejmowała właśnie widlakiem paletę z górnej półki, kiedy przypomniała jej się opowieść Patryka. O przyjaciółce, która tak strasznie ją przypominała... Przyjaciółce, która dostała awans i zginęła w pracy.
Uważaj – usłyszała czyjś zniekształcony głos.
Spojrzała tamtą stronę i zobaczyła coś, co miało na sobie tę samą kurtkę, którą miał Patryk. Stwór wyglądał, jakby właśnie wyszedł z grobu. Sine lica były całe uwalane krwią, a gdzieniegdzie skóra odłaziła płatami, ukazując białe kości pod spodem.
Krzyknęła, usiłując uciec jak najdalej od potwora, jednak zapomniała, gdzie się znajduje. Nagłe zwolnienie sprzęgła spowodowało szarpnięcie wózka, który wpadł na regał. Regał w hurtowni metalu. Nastąpiła kakofonia zgrzytów, trzasków. Ostatnim, co poczuła Ida był okropny ból całego ciała.

Mariusz wracał właśnie z imprezy. Miał nadzieję, że nie natknie się na drogówkę, albo coś takiego. Zdążyło się zrobić jasno, a drugi gaz powoli się kończył.
Za zakrętem zobaczył jakąś postać, która machała ręką. Cholerni autostopowicze.... skąd się biorą? Koleś też wraca z jakiejś imprezy? Jednak po chwili Mariusz dostrzegł, że to wcale nie koleś, a raczej jakaś babka. Zaintrygowany zatrzymał się.
Podbiegła do samochodu i bez żadnych obaw otworzyła drzwi.
Cześć, jedziesz może do Kowar? – zapytała z uśmiechem, pakując się do auta.
Jasne – odpowiedział. Ładna, starsza babka z długim warkoczem. Mariusz już główkował, jak by się z nią przespać. – Mariusz jestem – zaczął z uśmiechem, chociaż coś mu podpowiadało, żeby jej nie ufać.
Ida – odpowiedziała. – Skoro znamy już swoje imiona, to znaczy, że jesteśmy jak przyjaciele. To mi przypomniało o kimś... chciałbyś posłuchać?