czwartek, 14 sierpnia 2014

[Bo na rodzinie zawsze możesz polegać...]

Ścigana gradem, całe szczęście niecelnych, kul, dwójka mężczyzn przeskoczyła nad barem, usiłując czym prędzej zejść z linii ognia. Dopiero teraz mieli chwilkę na chwycenie własnej broni.
Polak spojrzał na partnera, który wyciągał do niego rękę z jakąś szmatą. Nie zrozumiał gestu na początku, jednak po chwili przyszedł ból postrzelonej nogi. Westchnął cicho, wyciągając rękę nad blat, żeby chwycić swoją szklankę z brandy. Wydał na to cholerstwo uczciwie zarobione pieniądze i nie miał zamiaru pozwolić, żeby zmarnowała się chociaż kropla... jednak pierwszy z trzech wystrzałów zmusił go do ponownego rozważenia tej straty. Ostatnia kula jak na złość trafiła w szklankę, sprawiając, że złocisty płyn zalał mu głowę.
– Kurwa twa mać! Niech cię! – zawołał, nic więc dziwnego, że Kevin, jego nie rozumiejący do końca niuansów polskiej mowy partner, spojrzał nań z niepokojem.
– Poddaj się, bar jest otoczony! – zażądał Kevin po angielsku. – Nie uciekniesz!
Stephen Hearne, miejscowy diler, wyraźnie nie miał zamiaru się poddawać, bo w odpowiedzi posłał kilka kolejnych kul, już celniejszych, które unicestwiły więcej butelek. Barman wpełzł pod zlew, kiedy tylko pojawiła się broń i dobrze, lepiej poprzestać na jednej ofierze.
U stóp Hearne leżał Spiegelman, dostawca towaru, którego mieli zadanie zgarnąć. Cóż. Nie do końca się udało, ale najważniejsze przecież, że już więcej nie będzie jego towaru na rynku... tia, jasne.
– Zajebmy go – poprosił Polak, na co Kevin tylko pokręcił głową.
– Nie możemy, Peter. Musimy go mieć żywego – odparł po angielsku.
Polakowi bardzo się to nie podobało, jednak cóż mógł uczynić? Westchnął z rezygnacją i rozejrzał za czymś mocniejszym do zalania rany. Wódka. Piękna, pełna butelka, która się do niego uśmiechała, a jednocześnie była poza zasięgiem. Odkaziłby się... od środka...
Czekali cztery godziny, zanim diler się poddał. Cztery cholerne godziny wyjęte z życia. Cztery godziny gapienia się na drwiącą z niego butelkę. Cztery godziny wysłuchiwania tych żałosnych negocjacji, podczas których pragnął wstać i rozwalić Hearnemu łeb. Aaaach!
Kiedy diler w końcu zgodził się na warunki, Peter chciał chociaż wykręcić mu boleśnie łapy do tyłu podczas skuwania, jednak to Kevin doświadczył tego zaszczytu, za argument mając postrzeloną nogę partnera.
– Idziemy później na jednego?
– Na dwa... no może pięć – poprawił go Polak, wyłamując dźwięcznie palce.
Medycy omal nie dostali apopleksji, kiedy zobaczyli brudną szmatę, którą Peter przewiązał nogę. Teraz była już bardziej czerwona, niż szara, no ale swoje wiedzieli i za nic nie dali się odprawić, kiedy tłumaczył, że „to przecież tylko draśnięcie”. Zgarnęli go do karetki, gdzie obowiązkowo opatrzyli ranę po swojemu, po czym zawieźli do szpitala na założenie szwów. I po co one komu? Sześć szwów, wielka rzecz.
Ta postawa zawsze bawiła Kevina i agent nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy karetka odjeżdżała. Teraz miał inne sprawy na głowie – wyciągnięcie z dilera wszystkiego, co wie.

– Gdzie jest paczka? – zapytał agent jeszcze w drzwiach sali przesłuchań.
Stephen Hearne, diler, a jednocześnie człowiek mafii, którą Kevin miał nadzieję w końcu rozbić. Problem w tym, że tamci byli zawsze dwa kroki przed nim. Jeden z informatorów, którzy pracowali dla agenta, przekazał, że kilka dni temu skradziono pewną ważną przesyłkę z rządowego laboratorium w Waszyngtonie. Paczkę, w której, jak się okazało, były wszystkie informacje o sondzie kosmicznej Voyager 1. Wszelkie obliczenia i wytyczne...
I tu właśnie wracaliśmy do Hearne, który zabił Spiegelmana, który rzekomo miał być w posiadaniu przesyłki. Kevin miał szczerą nadzieję, że dojdzie do tej typu wymiany, jednak kiedy diler zobaczył odznakę, wpadł w panikę i zabił dostawcę.
– J-jaka paczka? – zapytał, a jego rozbiegane oczka wykonywały ten cholerny taniec: agent-drzwi.
– Ta, którą miał ci przekazać Siegelman! – Osobom, jak Hearne nie należało dawać ani chwili na zastanowienie. Trzeba było go przydusić i wyciągnąć wszystkie informacje. Im szybciej, tym lepiej. – Lepiej zacznij gadać! Nie mam nastroju na durne gierki, a już tym bardziej nie z osobą, która postrzeliła mojego partnera!
Naprawdę nie lubił się tak zachowywać. To Polak zawsze odgrywał rolę złego gliny.

Kolejną godzinę maglował Hearnego w towarzystwie adwokata, który jakoś niespecjalnie (dziękować Niebiosom), przykładał się do swojej pracy. Kiedy w końcu doszli do jako takiego układu, diler wyjaśnił, że Spiegelman miał mu przekazać numer szafki na dworcu kolejowym, w której była przesyłka.
Kevin błyskawicznie skorzystał z tej informacji i razem z ekipą pojechał na miejsce, gdzie okazało się, że ktoś wyłamał zamek w szafce. Agent poczuł się, jakby ktoś zdzielił go w potylicę patelnią. Albo i dwiema.
– Chcę mieć nagranie z kamer bezpieczeństwa! Już! – ryknął, o czym złapał się za nasadę nosa.
Wracał ten cholerny ból głowy, który doskwierał mu odkąd postanowił rozpracować mafię. Gnoje zabiły jego poprzedniego partnera, przez co wylądował z nowym... z Polakiem! Peter nie był rodowitym Polakiem, jednak studiował tam informatykę i psychologię. Jakby tu nie było dobrych uczelni. Na jego nieszczęście, nabrał tam tego przykrego nawyku picia wódki w ilościach hurtowych.
Kevin stał nad technikami, którzy ściągali odciski palców z szafki, kiedy podeszła do niego Lara z tą jej miną, która oznajmiała całemu światku, że wszystko się spieprzyło.
– Jest problem – zaczęła, na co agent nie mógł się powstrzymać i przewrócił oczami.
– To widzę. Jaki?
– Kamera, która jest ustawiona na te szafki jest zepsuta. Nic nie mamy – oznajmiła. Kevin zaczął kląć pod nosem we wszystkich znanych mu językach. – Ale... spróbujemy z innymi kamerami. Może coś znajdziemy.
– Dajcie z siebie wszystko – odpowiedział po chwili, kiedy zdołał się uspokoić. Był niemal pewien, że nic nie znajdą, a jednak miał szaleńczą nadzieję, że będzie inaczej.

Do Petera dotarł dopiero późnym wieczorem, kiedy wypełnił całą papierkową robotę, jaką wywołały dzisiejsze zajścia. Przyjaciel przywitał go z szeroko otwartymi ramionami, a tę wylewność łatwo było przypisać niemal pustej butelce, którą trzymał w ręce. W takich chwilach Polak bywał nieznośny, gdyż oznaczało to, że za niecałą godzinę Kevin wyjdzie, nie mogąc znieść pijackich przyśpiewek.
Zazdrościł przyjacielowi, że może spokojnie pić, kiedy on nadstawiał karku przed szefami. Cóż mógł poradzić? Chwycił podaną mu szklankę wody i łyknął, po czym momentalnie zaczął pluć.
– Co to jest? – wykrztusił, ocierając łzy. Jego organizm domagał się popicia czymkolwiek, jednak Kevin wolał nie ryzykować picia „czegokolwiek” więcej, bez uprzedniego sprawdzenia, ile ma procent.
– To sie nazywa wódka, przyjacielu – odparł Peter, obejmując go ramieniem. – Mys-czyk-lałem, ze juz cik tłumacyłem...
– Ale cała szklanka?
– A co? Miałem ci pozałowac? – zapytał szczerze zdumiony Polak.
Język zaczął mu się już tak plątać, że ledwie dało się go zrozumieć, jednak nie przeszkadzało to Kevinowi, dopóki Peter nie zaczął śpiewać. Nawet znieczulenie dwoma szklankami wódki nie pomogło i agent szybko wtoczył się do taksówki.

Kiedy tylko Kevin odjechał, Peter odetchnął z ulgą. Czym prędzej odszedł od okna, żeby przepłukać usta i pokuśtykał nad porozrzucanymi śmieciami w stronę swojego pokoju.
Nie zdążył ukryć paczki, zanim agent przyszedł. Praktycznie dotarli do mieszkania w tym samym czasie, jednak innymi drogami. Z nie do końca sprawną nogą ciężko było się wdrapać na trzecie piętro schodami pożarowymi, jednak warto było zachować środki ostrożności. Jeśli ponownie próbowałby wyłgać się wyjściem do sklepu po alkohol, przyjaciel na pewno zacząłby coś podejrzewać. A jeśli zacząłby coś podejrzewać, znalazłby pluskwę przy kluczykach od samochodu. A to by się to skończyło źle.
Mafia... dobre sobie. Kevin nigdy nie pomyślał nawet, że ta jego „mafia” składa się z jednej osoby, która manipuluje informacjami. Peter nigdy nie żałował tego, że zaczął tę zabawę. Ten świat był nudny, szczególnie, jeśli posiadało się sporą przewagę nad wszystkimi. Po prawdzie, nie należano nikogo nie doceniać. Polak omal nie stracił czarnej skrzynki i jedynie przez szczęśliwy zbieg okoliczności odzyskał ją tak szybko i bezboleśnie... no... prawie bezboleśnie.
Jacyż ludzie są delikatni! Lekkie draśnięcie nogi i już nie mogą chodzić normalnie. A jak długo się goją! Peter westchnął ciężko, podchodząc do komputera. Zewnętrzna obudowa wyglądała całkiem normalnie, jednak środek był nieziemski. Dosłownie.
Kiedy chip znalazł się w komputerze, na monitorze pojawiły się obrazy. Z początku nieczytelne, nabierały ostrości, aż dało się rozpoznać sylwetki. Nieludzkie sylwetki. Sylwetki, które... pozowały do zdjęcia? Człekokształtne istoty w przedziwnych, obcisłych strojach, na które naciągnęły koszulki z logiem „Metallica”, a na głowach miały różowe afro-peruki.
Peter spoglądał na to zdumiony, po czym wybuchnął śmiechem. Tia, jego rodzinki zawsze trzymały się żarty.



Ten tekst, wraz z poprzednim, był pierwotnie napisany dla ŁukaszaŚmigla. Dopiero później ten drań mi powiedział, że ogłosił taki konkurs. Nie wiedziałam i chyba dobrze, bo chyba bym mu nie zaniosła. W ogóle zabawna historia.