poniedziałek, 26 maja 2014

[Stado jest najważniejsze]

Spoglądała na świat wielkimi, ufnymi oczami. Bombardowały ją tysiące zapachów, w tym ten tak dobrze jej znany. Zapach, którego nie było tu już od bardzo dawna.
Słońce przyjemnie grzało, kiedy tak sobie leżała pod ławką. Obudził ją dopiero odgłos przekręcanego w zamku klucza. Poderwała głowę, spoglądając z nadzieją w szybę przy drzwiach, a jej ogon zaczął zamiatać ganek.
Pan wyszedł wcześniej i pojechał gdzieś tym dziwnym, biegającym cosiem, w którym ma się takie śmieszne uczucie całego ciała... i żołądka. Przede wszystkim żołądka. Warto zauważyć, że psy nie postrzegały upływu czasu tak jak ludzie. Dla suki wyjście gospodarza miało miejsce kilkanaście godzin temu, kiedy dla człowieka była to zaledwie godzinka.
Z budy wychodziła teraz młodsza pani. Suka zawsze była skonsternowana, kiedy zbierali się na zewnątrz całym stadem. Z całą pewnością młodsza pani była wyżej w hierarchii od niej, jednak jak było wyżej? Starsza pani była alfą, czy młodsza pani? Obie na siebie czasem warczały. Niby młodsza ustępowała, jednak nie zawsze. I nigdy nie była to stuprocentowa kapitulacja.
Cześć, głupolku – zaszczekała coś niezrozumiale, jednak przyjazny ton zapowiadał dobry nastrój. – Siad – padło charakterystyczne, ostre szczeknięcie, z równoczesnym machnięciem łapą.
A więc chciała się pobawić! Super! Więc rzeczywiście ma dobry nastrój!
Suka zaczęła się kręcić na ganku, wymachując ogonem, aż przywołała ją kolejna komenda. Dopiero po chwili doszło do niej, że czegoś się od niej oczekuje. Usiadła, żeby uszczęśliwić młodszą panią.
Dobra psina – szczeknęła przymilnie, równocześnie ocierając łapą łeb suki, po czym ruszyła biegiem w stronę drugiej budy. – Panie Marku! – szczekała głośno. Dobiegła w ten śmieszny, dwunożny sposób do mniejszej budy i spróbowała ją otworzyć. Była zamknięta, przecież to oczywiste. Pana nie było! – Niech to... samochodu nie ma... – zaskomlała młodsza pani, wracając do dużej budy.
I tak znowu suka została sama. Ułożyła się blisko wejścia, na wycieraczce (którą starsza pani często musiała trzepać) i czekała. Może ktoś w końcu wyjdzie i z nią pobędzie?

Nadzieja na wspólną zabawę nie okazała się płonna.
Chcesz iść na spacerek?
Młodsza pani pojawiła się ponownie, kiedy powietrze zmieniło zapach, a słońce nie grzało już ganku. Suka ucieszyła się na jej widok. Jednak bardziej ucieszyła się, kiedy młodsza pani sięgnęła po to ciężkie coś, co wszyscy zakładali suce na szyję, kiedy ją wypuszczali za ogrodzenie.
Siad – padła komenda, jednak radość nie pozwalała suce pozostać na miejscu. Kiedy w końcu usiadła, cała aż się trzęsła, a ogon skutecznie zamiatał ganek.
Po chwili były w lesie. Młodsza pani wyglądała na bardzo zadowoloną. Od czasu do czasu szczeknęła coś cicho, rozglądając się dokoła. Suka za to buszowała w najlepsze, wyławiając coraz to nowe zapachy. Dziwiła się, że nikt poza nią nie dba o bezpieczeństwo stada. Przecież to był ich teren i należało o niego dbać. Jak tylko poczuła zapach obcej suki, starała się go pozbyć. Im dalej od bud, tym więcej było obcych zapachów, a jeszcze dalej zaczynał się obcy teren.
Szła wiernie z młodszą panią, sprawdzając wszystko to, co wydało się intrygujące. Kiedy zjawiał się inny psowaty, w towarzystwie dwunoga, suka starała się bronić swojej pani, swoje stado. Jednak wtedy była karcona. Nie rozumiała tego. Tamten na pewno chciał zabrać młodszą panią. A to była jej młodsza pani.
Przeszły tak razem spory kawałek. Młodsza pani czasami coś do niej mówiła, poocierała łapą po łbie, albo poklepała. Co by suka bez niej zrobiła?
Ale wtedy wróciły do bud.
I młodsza pani weszła, zostawiając sukę na dworze. Suka zawsze spała na dworze. Na ganku. Czekając, aż ktoś do niej wyjdzie.

Psy są okropne. A szczególnie te duże, długowłose.
Śmierdzą, ślinią się, a kiedy lgną do ludzi, są w stanie z nadmiaru miłości zrzucić ze schodów. W zimie jest to jeszcze większy problem, kiedy owe schody są oblodzone. Psy mogą sobie chodzić na czterech łapach – ludzie nie mają tak dobrze. Muszą balansować... a kiedy taki czołg uwali się całym ciężarem, zaburzając podstawę równowagi... jebudu! Ekspres ku ziemi, bilet w jedną stronę!
Black Hayate Suisait Erva Pasta, jak zwykłam ją wołać, należy właśnie do takich psów. Zastanawiałam się kiedyś nawet, czy nie powiesić na bramie ostrzeżenia: „Uwaga, pies! Atak miłości i zalizanie na śmierć bardziej niż prawdopodobne.” Tak, tak... śmiejcie się... Ale kiedyś to cholerstwo nie wpuściło mojej przyjaciółki do domu. Biedaczka utknęła w połowie drogi od bramy do drzwi i zaczęła dzwonić, żebym zabrała z niej psa.
To może przy okazji rozwinę to urocze imię, nadane suni podczas jednej z imprez.
Black Hayate, ponieważ przypominała z wyglądu psa o tym imieniu, a który pojawiał się w pewnej mandze. Suisait, bo wchodzi pod nogi. Za szczeniaka było to bardziej niebezpieczne dla niej, niestety podrosła i stało się to niebezpieczne dla wszystkich w pobliżu. Erva... bo miała mieć imię na „E”, a ja miałam pod ręką słownik portugalski. Erva oznacza zioło. Na tym mi się otworzyło i to zostanie, bo pasuje jak ulał do zachowania psinki. I ostatni człon... Pasta! Bo dlaczego nie?

Młodsza pani pojawiła się dopiero rano, kiedy pan dał suce jedzenie i poszedł do mniejszej budy bawić się lepką ziemią.
Młodsza pani się spieszyła, a na radosne powitanie praktycznie nie zareagowała. Zaczęła zamykać budę, kiedy nagle zamarła.
No dobra... idziesz ze mną – oznajmiła, otwierając z powrotem drzwi.
Chwyciła to ciężkie na szyję i założyła suce. Ta nie protestowała, szczęśliwa, że znowu pójdą gdzieś razem. Może teraz pani pomoże dbać o teren? A jeśli nie, nic nie szkodzi...
Jednak szybko się okazało, że nie ma na to czasu. Niemal biegły po stromych łąkach, gdzie było tyle zapachów, tyle ciekawych rzeczy... no ale pani była wyżej w hierarchii i jak dawała polecenie, że trzeba biec, trzeba było biec. Po chwili zapachy się zmieniły. Pojawił się ten nieprzyjemny, ciężki. Dodatkowo warkot biegających cosiów i szum rzeki.
Siad – poleciła młodsza pani, zatrzymując się dopiero przed ciemnym, gładkim czymś, po którym biegały owe dziwne cosie. Chwilę wcześniej młodsza pani złapała za ciężkie na szyję i nie pozwalała suce odejść.
Tyle interesujących rzeczy dokoła... dopiero po chwili suka się zorientowała, że trzeba zwrócić uwagę na młodszą panią, która była już bardzo niezadowolona. Szczekała i warczała, wydając suce polecenie, usiłując wymusić reakcję. Kiedy suka w końcu usiadła, pani rozejrzała się. Nie było w pobliżu biegających cosiów, więc szybko przeszły na drugą stronę ścieżki cosiów, gdzie ponownie pani kazała usiąść.
Następnie poszły do kolejnego lasu, żeby przejść do miejsca, gdzie czuć było dużo sików. Bardzo dużo sików. I kup. Ale nie psich, oj nie... te były dwunogów. Suka pamiętała, że było takie miejsce, gdzie podobnie pachniało.
Po chwili miękkie podłoże zamieniło się w twarde, równe. Było tu też więcej ścieżek dla biegających cosiów.
I więcej dwunogów. Jak fajnie! Może któryś będzie chciał się poocierać?
Ale żaden dwunóg nie chciał się ocierać. Niektóre, przeważnie młode, patrzyły na sukę i coś szczekały podekscytowane, albo zadowolone. Dziwne dwunogi. Niefajnie... Ale była z panią! A pani od czasu do czasu nawet ocierała łapą po łbie suki! Krótko, ale to zawsze coś!
Doszły do parku, gdzie pani usiadła na ławce i kazała suce usiąść obok. Po chwili suka ułożyła się do drzemki. I czekały. Suka nie wiedziała, jak długo, ale pani co chwila wyciągała coś z sierści i coraz bardziej się denerwowała. Warczała.
Coś się młodszej pani nie podobało. Więc to coś było złe. A jak coś było złe i się pani nie podobało, pewnie było straszne i trzeba było się tego bać! Młodsza pani się boi...?
A więc trzeba bronić młodszej pani!

Kiedy ten niedomyty cham i prostak w końcu się pojawił z dwudziestominutowym spóźnieniem, byłam wściekła. No jak tak można?!
Lepiej, żebyś miał dobrą wymówkę – rzuciłam tonem, który nawet totalnemu bezmózgowi wywrzeszczałby w twarz, że powinien uważnie dobierać słowa.
I w tym momencie ta klucha, która do tej pory leżała jak zdechła pod ławką, wystartowała. W życiu bym nie przypuszczała, że Blaki jest w stanie coś takiego zrobić. Rzuciła się na Stefana! Skoczyła mu na pierś i powaliła na ziemię! W sumie to nawet się nie dziwię, że padł tak łatwo. Miał prawo po naporze ponad czterdziestu kilo żywej masy.
Na początku zamarłam, nie wiedząc, jak zareagować.
FUUUUU! Zabieraj ją!! – darł się nieszczęśnik, kiedy psi jęzor szorował mu twarz.
Z języczkiem... – skomentowałam zszokowana, z ociąganiem wstająz miejsca.



poniedziałek, 19 maja 2014

Dziennik z Siedmiogrodu: 1

Od dwóch dni jestem dumną mieszkanką Szklarskiej Poręby. Zameldowałam się w domku w Siedmiogrodzie – fajowa dzielnia: środek lasu, brak zasięgu... miodzio... W każdym razie, nie czuję się w żaden sposób inaczej. Mocniej związałam się z tutejszymi terenami (o ironio), kiedy pomieszkiwałam we Wrocławiu. Szum dużego miasta i brak obecności rodziny 24h/dobę był dla mnie dobry. Jednak teraz brakuje mi spokoju.
Ostatnio przeczytałam w biuletynie, który wydaje Urząd Miasta Szklarska Poręba ciekawy artykuł. Było w nim wspomniane, że Szklarska przyciąga artystów. Ucieszyłam się, bo pan Marek rzeczywiście właśnie tutaj zaczął rzeźbić na poważnie. Pomyślałam też o Karin, o Koneckich... trochę artystów tu mamy. Jednak nie do tego zmierzam!
W poszukiwaniu tematu do napisania opowiadania, wybrałam się na spacer. Lubię sobie czasami pochodzić po okolicznych lasach. Są cudowne, szczególnie po deszczu i wieczorem – wtedy nie ma tu ludzi i można na spokojnie pomyśleć. No i myślałam (robiąc zdjęcia). I w pewnym momencie stwierdziłam, że chyba też jestem artystką. Tworzę... a moimi tworami są historie, opowieści i uczucia, a wszystko to zawarte w prozie.
Zawsze jakoś tak lepiej mi się pisało w domu. Może to przez brak dobrego łącza internetowego? Może z powodu oddalenia od czegokolwiek? Jednak kiedy tu jestem, mniej siedzę na fejsie i w ogólnie (nie)pojmowanych internetach. Więcej myślę za to o testach i pisaniu. I o tym, że jak Karin mnie zobaczy, to na mnie nakrzyczy, że robię jej smaka, a potem nie piszę nic dalej, chociaż obiecałam... przepraszam...
Tak więc postanawiam. Mniej wchodzenia na fb, za to więcej pisania na blogu. Tak w ramach odwyku od internetu i rozwoju myśli twórczej.
Zobaczymy, czy uda mi się jutro nie włączyć fb i napisać w jak cudownym miejscu niedługo zamieszkam na stałe-stałe.






Przeszłam się na wodospad Szklarki, żeby zobaczyć, ile wody. Nie było jakoś więcej, niż zwykle. Tylko inny kolorek wody, ale to norma po takich opadach.

Co do rzeźby, to jeździ sobie po górach :) Zdziwiłam się, jak ją zobaczyłam. Stoi sobie teraz pod Starą Chatą Walońską. Czytałam o niej wcześniej w biuletynie Szklarskiej. Można też przeczytać króciutko na stronie Urzędu Miasta.
Jedna noga mi się nie podoba, jakby ją ciągnął za sobą... w sumie ciągnęła, bo... no wiadomo!

 Tak, jakby ktoś nie wiedział, dlaczego Siedmiogród...