Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 sierpnia 2014

[Bo na rodzinie zawsze możesz polegać...]

Ścigana gradem, całe szczęście niecelnych, kul, dwójka mężczyzn przeskoczyła nad barem, usiłując czym prędzej zejść z linii ognia. Dopiero teraz mieli chwilkę na chwycenie własnej broni.
Polak spojrzał na partnera, który wyciągał do niego rękę z jakąś szmatą. Nie zrozumiał gestu na początku, jednak po chwili przyszedł ból postrzelonej nogi. Westchnął cicho, wyciągając rękę nad blat, żeby chwycić swoją szklankę z brandy. Wydał na to cholerstwo uczciwie zarobione pieniądze i nie miał zamiaru pozwolić, żeby zmarnowała się chociaż kropla... jednak pierwszy z trzech wystrzałów zmusił go do ponownego rozważenia tej straty. Ostatnia kula jak na złość trafiła w szklankę, sprawiając, że złocisty płyn zalał mu głowę.
– Kurwa twa mać! Niech cię! – zawołał, nic więc dziwnego, że Kevin, jego nie rozumiejący do końca niuansów polskiej mowy partner, spojrzał nań z niepokojem.
– Poddaj się, bar jest otoczony! – zażądał Kevin po angielsku. – Nie uciekniesz!
Stephen Hearne, miejscowy diler, wyraźnie nie miał zamiaru się poddawać, bo w odpowiedzi posłał kilka kolejnych kul, już celniejszych, które unicestwiły więcej butelek. Barman wpełzł pod zlew, kiedy tylko pojawiła się broń i dobrze, lepiej poprzestać na jednej ofierze.
U stóp Hearne leżał Spiegelman, dostawca towaru, którego mieli zadanie zgarnąć. Cóż. Nie do końca się udało, ale najważniejsze przecież, że już więcej nie będzie jego towaru na rynku... tia, jasne.
– Zajebmy go – poprosił Polak, na co Kevin tylko pokręcił głową.
– Nie możemy, Peter. Musimy go mieć żywego – odparł po angielsku.
Polakowi bardzo się to nie podobało, jednak cóż mógł uczynić? Westchnął z rezygnacją i rozejrzał za czymś mocniejszym do zalania rany. Wódka. Piękna, pełna butelka, która się do niego uśmiechała, a jednocześnie była poza zasięgiem. Odkaziłby się... od środka...
Czekali cztery godziny, zanim diler się poddał. Cztery cholerne godziny wyjęte z życia. Cztery godziny gapienia się na drwiącą z niego butelkę. Cztery godziny wysłuchiwania tych żałosnych negocjacji, podczas których pragnął wstać i rozwalić Hearnemu łeb. Aaaach!
Kiedy diler w końcu zgodził się na warunki, Peter chciał chociaż wykręcić mu boleśnie łapy do tyłu podczas skuwania, jednak to Kevin doświadczył tego zaszczytu, za argument mając postrzeloną nogę partnera.
– Idziemy później na jednego?
– Na dwa... no może pięć – poprawił go Polak, wyłamując dźwięcznie palce.
Medycy omal nie dostali apopleksji, kiedy zobaczyli brudną szmatę, którą Peter przewiązał nogę. Teraz była już bardziej czerwona, niż szara, no ale swoje wiedzieli i za nic nie dali się odprawić, kiedy tłumaczył, że „to przecież tylko draśnięcie”. Zgarnęli go do karetki, gdzie obowiązkowo opatrzyli ranę po swojemu, po czym zawieźli do szpitala na założenie szwów. I po co one komu? Sześć szwów, wielka rzecz.
Ta postawa zawsze bawiła Kevina i agent nie mógł się nie uśmiechnąć, kiedy karetka odjeżdżała. Teraz miał inne sprawy na głowie – wyciągnięcie z dilera wszystkiego, co wie.

– Gdzie jest paczka? – zapytał agent jeszcze w drzwiach sali przesłuchań.
Stephen Hearne, diler, a jednocześnie człowiek mafii, którą Kevin miał nadzieję w końcu rozbić. Problem w tym, że tamci byli zawsze dwa kroki przed nim. Jeden z informatorów, którzy pracowali dla agenta, przekazał, że kilka dni temu skradziono pewną ważną przesyłkę z rządowego laboratorium w Waszyngtonie. Paczkę, w której, jak się okazało, były wszystkie informacje o sondzie kosmicznej Voyager 1. Wszelkie obliczenia i wytyczne...
I tu właśnie wracaliśmy do Hearne, który zabił Spiegelmana, który rzekomo miał być w posiadaniu przesyłki. Kevin miał szczerą nadzieję, że dojdzie do tej typu wymiany, jednak kiedy diler zobaczył odznakę, wpadł w panikę i zabił dostawcę.
– J-jaka paczka? – zapytał, a jego rozbiegane oczka wykonywały ten cholerny taniec: agent-drzwi.
– Ta, którą miał ci przekazać Siegelman! – Osobom, jak Hearne nie należało dawać ani chwili na zastanowienie. Trzeba było go przydusić i wyciągnąć wszystkie informacje. Im szybciej, tym lepiej. – Lepiej zacznij gadać! Nie mam nastroju na durne gierki, a już tym bardziej nie z osobą, która postrzeliła mojego partnera!
Naprawdę nie lubił się tak zachowywać. To Polak zawsze odgrywał rolę złego gliny.

Kolejną godzinę maglował Hearnego w towarzystwie adwokata, który jakoś niespecjalnie (dziękować Niebiosom), przykładał się do swojej pracy. Kiedy w końcu doszli do jako takiego układu, diler wyjaśnił, że Spiegelman miał mu przekazać numer szafki na dworcu kolejowym, w której była przesyłka.
Kevin błyskawicznie skorzystał z tej informacji i razem z ekipą pojechał na miejsce, gdzie okazało się, że ktoś wyłamał zamek w szafce. Agent poczuł się, jakby ktoś zdzielił go w potylicę patelnią. Albo i dwiema.
– Chcę mieć nagranie z kamer bezpieczeństwa! Już! – ryknął, o czym złapał się za nasadę nosa.
Wracał ten cholerny ból głowy, który doskwierał mu odkąd postanowił rozpracować mafię. Gnoje zabiły jego poprzedniego partnera, przez co wylądował z nowym... z Polakiem! Peter nie był rodowitym Polakiem, jednak studiował tam informatykę i psychologię. Jakby tu nie było dobrych uczelni. Na jego nieszczęście, nabrał tam tego przykrego nawyku picia wódki w ilościach hurtowych.
Kevin stał nad technikami, którzy ściągali odciski palców z szafki, kiedy podeszła do niego Lara z tą jej miną, która oznajmiała całemu światku, że wszystko się spieprzyło.
– Jest problem – zaczęła, na co agent nie mógł się powstrzymać i przewrócił oczami.
– To widzę. Jaki?
– Kamera, która jest ustawiona na te szafki jest zepsuta. Nic nie mamy – oznajmiła. Kevin zaczął kląć pod nosem we wszystkich znanych mu językach. – Ale... spróbujemy z innymi kamerami. Może coś znajdziemy.
– Dajcie z siebie wszystko – odpowiedział po chwili, kiedy zdołał się uspokoić. Był niemal pewien, że nic nie znajdą, a jednak miał szaleńczą nadzieję, że będzie inaczej.

Do Petera dotarł dopiero późnym wieczorem, kiedy wypełnił całą papierkową robotę, jaką wywołały dzisiejsze zajścia. Przyjaciel przywitał go z szeroko otwartymi ramionami, a tę wylewność łatwo było przypisać niemal pustej butelce, którą trzymał w ręce. W takich chwilach Polak bywał nieznośny, gdyż oznaczało to, że za niecałą godzinę Kevin wyjdzie, nie mogąc znieść pijackich przyśpiewek.
Zazdrościł przyjacielowi, że może spokojnie pić, kiedy on nadstawiał karku przed szefami. Cóż mógł poradzić? Chwycił podaną mu szklankę wody i łyknął, po czym momentalnie zaczął pluć.
– Co to jest? – wykrztusił, ocierając łzy. Jego organizm domagał się popicia czymkolwiek, jednak Kevin wolał nie ryzykować picia „czegokolwiek” więcej, bez uprzedniego sprawdzenia, ile ma procent.
– To sie nazywa wódka, przyjacielu – odparł Peter, obejmując go ramieniem. – Mys-czyk-lałem, ze juz cik tłumacyłem...
– Ale cała szklanka?
– A co? Miałem ci pozałowac? – zapytał szczerze zdumiony Polak.
Język zaczął mu się już tak plątać, że ledwie dało się go zrozumieć, jednak nie przeszkadzało to Kevinowi, dopóki Peter nie zaczął śpiewać. Nawet znieczulenie dwoma szklankami wódki nie pomogło i agent szybko wtoczył się do taksówki.

Kiedy tylko Kevin odjechał, Peter odetchnął z ulgą. Czym prędzej odszedł od okna, żeby przepłukać usta i pokuśtykał nad porozrzucanymi śmieciami w stronę swojego pokoju.
Nie zdążył ukryć paczki, zanim agent przyszedł. Praktycznie dotarli do mieszkania w tym samym czasie, jednak innymi drogami. Z nie do końca sprawną nogą ciężko było się wdrapać na trzecie piętro schodami pożarowymi, jednak warto było zachować środki ostrożności. Jeśli ponownie próbowałby wyłgać się wyjściem do sklepu po alkohol, przyjaciel na pewno zacząłby coś podejrzewać. A jeśli zacząłby coś podejrzewać, znalazłby pluskwę przy kluczykach od samochodu. A to by się źle skończyło.
Mafia... dobre sobie. Kevin nigdy nie pomyślał nawet, że ta jego „mafia” składa się z jednej osoby, która manipuluje informacjami. Peter nigdy nie żałował tego, że zaczął tę zabawę. Ten świat był nudny, szczególnie, jeśli posiadało się sporą przewagę nad wszystkimi. Po prawdzie, nie należano nikogo nie doceniać. Polak omal nie stracił czarnej skrzynki i jedynie przez szczęśliwy zbieg okoliczności odzyskał ją tak szybko i bezboleśnie... no... prawie bezboleśnie.
Jacyż ludzie są delikatni! Lekkie draśnięcie nogi i już nie mogą chodzić normalnie. A jak długo się goją! Peter westchnął ciężko, podchodząc do komputera. Zewnętrzna obudowa wyglądała całkiem normalnie, jednak środek był nieziemski. Dosłownie.
Kiedy chip znalazł się w komputerze, na monitorze pojawiły się obrazy. Z początku nieczytelne, nabierały ostrości, aż dało się rozpoznać sylwetki. Nieludzkie sylwetki. Sylwetki, które... pozowały do zdjęcia? Człekokształtne istoty w przedziwnych, obcisłych strojach, na które naciągnęły koszulki z logiem „Metallica”, a na głowach miały różowe afro-peruki.
Peter spoglądał na to zdumiony, po czym wybuchnął śmiechem. Tia, jego rodzinki zawsze trzymały się żarty.

niedziela, 2 marca 2014

[Niechaj nikt nie zadziera z Mikołajem]

Nikt, kompletnie nikt nie ma pojęcia, jakim skurwielem w rzeczywistości jest Święty Mikołaj. Wszyscy widzą tylko tę radosną, zakłamaną facjatę, która woła „hoł, hoł, hoł!”, a nikt nie raczy zastanowić się jakim cudem ta stara, podchmielona purchawa, jest w stanie wyprodukować i rozwieźć (jednej nocy) miliardy jebanych zabawek.
Agent Raduchowski, z Departamentu Unieszkodliwiania Problemów Antyrządowych, siedział z lornetką naprzeciwko jednej z domniemanych fabryk Mikołaja. W tym roku, pięcioosobowa grupa, opłacana z pieniędzy podatników, w końcu osiągnie sukces. Zamkną tę gigantyczną pralnię pieniędzy! Skończy się nielegalna działalność!
Nagle drzwi magazynu stanęły otworem, wypuszczając jednego z kurduplowatych pracowników. Elf (bo agent Raduchowski był za sprytny, żeby nabrać się na wersję z karłem) rozejrzał się dookoła, jakby sprawdzał, czy jest sam. Agent zamarł bez ruchu i czekał. Wiedział, że nie może nawet drgnąć, gdyż stwór widział jedynie ruch. Elfy polegały na zmysłach słuchu i dotyku, a ich wzrok i węch były upośledzone. Całe szczęście, bo Raduchowski od pięciu dni nie miał czasu, żeby wrócić do domu i wziąć prysznic, czy założyć względnie czystego ubrania.
Podejrzany wyciągnął krótkofalówkę i powiedział coś, czego agent nie dosłyszał. Po chwili na ulicy rozległo się rzężenie silnika i zza rogu wyjechała stara chłodnia. Mężczyzna omal nie ryknął z radości. Widać kilka nocy przespanych w śmietniku w końcu się opłaciło! Chłodnia oznaczała, że nadszedł ten czas, kiedy produkcja była gwałtownie zwiększana, a więc potrzebowali pomocy... pingwinów.
Elfi kierowca wyskoczył z szoferki i wymienił kilka słów z elfim pracownikiem fabryki, po czym weszli do środka. Raduchowski wyszarpnął z kieszeni telefon włączył go i wpisał pospiesznie numer. Był wieczór, jednak nie czekał długo na odpowiedź.
– Departament Unieszkodliwiania Problemów Antyrządowych – oznajmił zblazowany głos z drugiej strony. Znamiennym było, że nie zapytał, w czym może pomóc.
– Grzesiek, to ja! Mamy ich! – powiedział rozgorączkowany agent, dziwiąc się, słysząc swój zachrypnięty głos.
– Stasiek? To naprawdę ty? – głos z drugiej strony nagle się ożywił. – Wołam szefa... Szefie! To Stasiek! – Raduchowski odsunął na chwilę telefon od ucha, krzywiąc się. – Stary, nawet nie wiesz, co się tutaj działo przez te dwa tygo...! – Nagle głos zamilkł i zastąpił go nieco mniej entuzjastyczny, kobiecy.
– Raduchowski! Od dwóch tygodni usiłujemy się do ciebie dodzwonić! W tej chwili wracaj! – nakazała kobieta. Królowa Elżbieta, jak ją czasami nazywali, była szefową ich wydziału. I bynajmniej nie należała do tych delikatnych niewiast, które można zdominować.
Ponownie padło stwierdzenie, że agenta nie było od dwóch tygodni... aż tyle czasu spędził w rynsztokach miasta? Niby czuł się osłabiony, głód mu doskwierał, jednak dni zlały się do tego stopnia, że nie miał poczucia upływu czasu.
– Nakryłem transakcję, szefowo... – odparł szeptem agent, cały czas wytężając wzrok, upewniając się czy coś nie nadchodzi. Z drugiej strony zapadła cisza, nieprzyjemna cisza, która zazwyczaj poprzedzała wybuch złości.
– Gdzie? – zapytała w końcu zduszonym głosem szefowa.
– Stary magazyn na Lotników Alianckich, w Żaganiu. Niedaleko osiedla. Właśnie przyjechała chłodnia.
– Wycofaj się! Natychmiast!
Raduchowskiego zdumiał rozkaz. Już miał odpowiedzieć, że w życiu tego nie zrobi, kiedy drzwi magazynu ponownie się otworzyły. Obawiając się ujawnienia, przerwał połączenie i wyłączył telefon. Był przecież zawodowcem, nie mógł pozwolić, żeby kurduple odkryły go przez taką głupotę, jak zapomnienie o wyciszeniu.
Elfów było teraz o wiele więcej. Piętnaście, może z dwadzieścia... i każdy był uzbrojony w miniaturową wersję karabinu maszynowego. Miały na sobie te odrażające uniformy: pasiaste spodnie, zielone kubraczki z czerwonymi guzikami i zielone czapeczki, które nadawały ich smukłym sylwetkom, w połączeniu z pasiastą kolorystyką, wygląd lasek cukrowych.
Agent nigdy wcześniej nie widział aż tylu naraz. Serce waliło mu tak głośno, że zaczął się obawiać, czy długouchy tego nie usłyszą. Czuł na plecach zimny pot, a jego mięśnie były napięte do granicy bólu. Bał się nawet oddychać.
Elfi kierowca wyróżniał się inną kolorystyką (szaro-zielone paski) i brakiem karabinu w rękach (on miał go przewieszonego przez plecy). Podszedł do chłodni i otworzył ładownię, z której wysnuła się para. Elfy sprawnie założyły trap, po czym ustawiły się z dwóch stron, tworząc szpaler, prowadzący do wnętrza magazynu.
– Wyłazić, śmiecie! – zawołał elfi kierowca, chwytając karabin i celując nim w „ładunek”.
Ze środka zaczęły wychodzić niewiele niższe od swoich oprawców pingwiny. Na ich szyjach widniały metalowe obroże, od których biegł łańcuch, łączący poszczególne zwierzęta w pary. Kolejny łańcuch przebiegał dalej, łącząc wszystkie pary razem. Biedactwa nie miały szans na ucieczkę.
Na biegunie północnym, skąd pochodziły elfy, żyły renifery, zwierzęta zżyte z Mikołajem i jego szajką. Za to pingwiny pochodziły z bieguna południowego. Przez lata trwała wojna biegunów, wojna pomiędzy reniferami, a pingwinami... jednak w końcu wygrały ją te pierwsze, wspierane przez organizację podchmielonej purchawy.
Raduchowskiemu zrobiło się niedobrze. Niby były to tylko zwierzęta, magiczne zwierzęta w zasadzie, jednak nawet one nie zasługiwały na takie traktowanie. Jedynym, co powstrzymywało agenta przed rzuceniem się na pomoc, była przewaga liczebna elfów. Zacisnął więc zęby i patrzył, usiłując policzyć pingwiny. Jedna, para, druga, trzecia... Przy piętnastej Raduchowski zaczął się zastanawiać, jakim cudem pomieściło się tam aż tyle zwierząt.
Kiedy drzwi magazynu zamknęły się za ostatnim elfim pracownikiem fabryki, elfi kierowca chłodni odjechał swoim pojazdem. Agent odetchnął cicho, po czym wyciągnął ponownie telefon. Zdążył jednak jedynie włączyć aparat, bo wszystko później spowijała ciemność.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

[Eksperyment]


– To w sumie nie miało prawa się udać – stwierdził z żalem mężczyzna, spoglądając na walającą się po podłodze kupę mięsa, która do niedawna była jego asystentem.
Podszedł do szczątków aparatury i westchnął z cicha. Ktoś teraz będzie musiał posprzątać ten cały syf, a zważywszy na to, że o eksperymencie wiedzieli tylko on i jego asystent (na chwilę obecną niedysponowany), padło na niego.
– Trzeba było nie dodawać tyle smoczej krwi... przez to cholerstwo wszystko ma radosną tendencję do wybuchania – sarknął, chwytając miotłę.
Okazało się, że zamiatanie mięsa nie należy do najłatwiejszych. Chcąc nie chcąc, musiał pobrudzić ręce. I, jak to w życiu bywa, dokładnie ten moment wybrali strażnicy, żeby wpaść do środka. Służbiści... Zamarli na chwilę, rozglądając się ze zgrozą po pomieszczeniu i niczym szczury rozpełzli się po jego kochanym laboratorium.
– Co tu się dzieje?! – ryknął jeden – wyglądający na najbardziej nieprzyjemnego z nich wszystkich.
– Kapitan Sevin! – mężczyzna przywitał gościa, wyciągając doń dłoń.
– Co tu się dzieje? – wycedził słowa przez zaciśnięte zęby, z nieskrywanym obrzydzeniem spoglądając na zakrwawione ręce mężczyzny.
– Eee... wypadek przy pracy. – Trącił butem krwawy ochłap, wzdychając ciężko. Wiedział, jak to się skończy.
– Tym draniu! Tym razem przesadziłeś! – kapitan złapał nieszczęśnika i wykręcił mu ręce, krępując kawałem liny.
– Ale!... Ja tylko chciałem ożywić golema z świńskich tkanek!
Jednak żadne tłumaczenia nie docierały do zacofanych umysłów strażników. Do laboratorium wrócił dopiero następnego dnia, kiedy rzeźnik raczył potwierdzić zakup pięciu świniaków.

niedziela, 23 września 2012

[Pilna wiadomość]

Flyn nie był pewien, czy to dobrze, ale wolał widzieć, kiedy jakiś potwór przystąpi do pożerania jego skromnej osoby. Wyczerpany i przerażony wpatrywał się w ciemny las.
– Pieprzone smoki – warknął pod nosem, wyciągając zmarznięte dłonie w stronę ognia.
Polanę, na której obozował, otulał zimny płaszcz mgły. Mężczyzna nie miał ani koca, ani jedzenia. Jedynym, co posiadał było to, czego nie przytroczył do siodła. Zapowiadała się kolejna, beznadziejna noc.
Gdzieś w oddali odezwał się złowrogi ryk, jednak Flyn nie zwrócił nań uwagi. Podobne dźwięki towarzyszyły mu od dłuższego czasu i dopóki były dostatecznie daleko, dopóty się nimi nie przejmował. Cały czas miał też nadzieję, że jeśli coś zechce go zjeść, pełna sakiewka w końcu się na coś przyda i stanie stworowi w gardle.
A wszystko zaczęło się tak niewinnie! Zaledwie dwa tygodnie temu... Nienawistnie spojrzał na leżącą obok niego torbę. Spoczywał w niej zapieczętowany list, który musiał bezzwłocznie dostarczyć do stolicy królestwa Cell. To przez to cholerstwo zdecydował się na najkrótszą, a jednocześnie najmniej bezpieczną z dróg.
Kurna! Smocze Góry nigdy nie były bezpieczne! Co mu odbiło?! Dlaczego nie pojechał Królewskim Traktem?! Teraz był na kompletnym odludziu i mógł tylko czekać aż jakiś stwór go dopadnie i rozszarpie! Zupełnie jak konia...
– Pieprzone smoki – powtórzył, kuląc się jeszcze bardziej. Maleńkie, osłonięte ognisko, które zaryzykował rozpalić, dawało niewiele ciepła.
Nie wiedział, kiedy zasnął, ale dziękował bogom za to, że dane mu było się obudzić. Niebo zaczęło już szarzeć, a po mgle nie było śladu. Z całą pewnością przespał kilka godzin. Westchnął cicho i wstał, żeby rozprostować nogi. Dopiero teraz, kiedy cokolwiek widział, zauważył, że to, co poprzednio uznawał za wielki głaz, w rzeczywistości było nietypową, kamienną ścianą. Na dodatek całkiem sporą.
– He? Co to? – Podszedł do niej powoli. – Drzwi? – zdziwił się. Spróbował je pchnąć, ale nie ustąpiły. – Czy to wejście do jakichś podziemi? – zastanawiał się na głos. Tak było mu raźniej. Słyszeć głos, nawet własny. – Hmm... proste zamknięcie. Wystarczy podnieść skobel z drugiej strony, albo... patrząc na zawiasy, wystarczyłaby dźwignia...
Gdyby miał nóż, już byłby w środku. Jednak nóż był w sakwach, przy siodle. Musiał więc spróbować drugim sposobem. Rozejrzał się dookoła.
Znalazł solidnie wyglądający kij, podtoczył pod drzwi niewielki głaz i przystąpił do działania. Wbił końcówkę kija w szparę pod drzwiami i naparł na drugi koniec, mając nadzieję, że to zadziała. W końcu, po tylu dniach błądzenia po lasach, ze smokami nad głową, natknął się na cywilizację! Może ktoś tam jest? Może zostawił coś do jedzenia? Na samą myśl o czymś innym niż jagody, do jego ust napłynęła ślina.
Naparł ze zdwojoną siłą na swoją dźwignię. Kij o dziwo wytrzymał, jednak drzwi ani drgnęły. Próbował raz za razem, na czole wystąpił pot, a drzwi nawet nie drgnęły. Już miał zrobić sobie chwilę przerwy, kiedy poczuł, że dźwignia ustępuje. Drzwi z łoskotem uderzyły o ziemię, zresztą nie tylko one. Zdumiony mężczyzna wstał i otrzepał się, patrząc w czeluść korytarza. Nie był pewien, jak tego dokonał, ale przejście stało otworem!
Zrobił dwa kroki w tył, oparł się plecami o drzewo i zamknął oczy. Był zmęczony, a korytarz nie wyglądał na bezpieczny. Chyba najlepiej będzie, jeśli najpierw odpocznie, a potem...
Nagle drzewo się poruszyło. Nieznacznie, jakby nie było pewne, czy nie powinno odejść.
Pełen najgorszych przeczuć, Flyn otworzył oczy i powoli uniósł głowę, żeby spojrzeć prosto w smocze ślepia, czy raczej jedno, wielkości sporej pięści ślepie, wlepione w jego skromną osobę.
Cześć – usłyszał, chyba w swojej głowie. W sumie nie miał czasu na zastanawianie się nad tym, bo był zbyt zajęty pędzeniem na złamanie karku w stronę przejścia. – No co ty?! – Zdawało się, że „głos” jest pełen wyrzutu. – Chociaż byś podziękował Fafnirkowi... ach ci ludzie... co za niewdzięcznicy... phi...
Gdyby Flyn nieco zwolnił i się rozejrzał, zrozumiałby, że zagrożenie ze strony smoka już dawno minęło i wpakował się w coś innego. Gdyby zwrócił uwagę, że korytarze raz za razem zakręcają w różne strony, że kluczą, opadają i wznoszą się, doszedłby do wniosku, że tworzą labirynt. Ale niestety Flyn nieprędko się tego domyślił. A potem było już za późno.
Zatrzymał się dopiero po pewnym czasie. Upewniwszy się, że nie jest żadnym smokiem, wilkołakiem, wampirem, czy innym potworem i spokojnie oparł się o ścianę, usiłując uspokoić oddech. Przeklął cicho dzień, w którym został Posłańcem. Wsadził rękę do torby i odetchnął z ulgą, upewniwszy się, że wiadomość wciąż tam jest.
Kiedyś jeden z jego dobrych znajomych zgubił wiadomość w drodze. Nie skończyło się to dla niego za dobrze. Trafił pod pręgierz na trzy dni, a potem wysłano z wiadomością do Sarano. Było to prymitywne górskie państewko na Zachodnim Kontynencie. Ponoć nikt stamtąd nie wraca. Cóż... Posłaniec też nie wrócił.
Flyn pokręcił głową, żeby odgonić te myśli. Rozejrzał się dokładnie dookoła i pewnym krokiem ruszył naprzód. Dopiero teraz uświadomił sobie, że mimo że jest w tunelu, to doskonale widzi drogę. Zdumiony spojrzał na swoje ręce, które miały niezdrowy, zielonkawy kolor.
– O bogowie – jęknął, opadając na kolana. – Ja umarłem... Jestem duchem! I nawet nie zauważyłem, kiedy...
Przerwało mu ciche parsknięcie. Uniósł głowę i zobaczył najprawdziwszego ducha. Był biały i miał zielone ślepia. Na górze przeraźliwie chudy i niemal haczył o sufit szpiczastą głową, na dole gruby. I się śmiał... Trząsł się jak pochwycona świnia, żeby w końcu polecieć w bok.
Dopiero teraz Flyn zobaczył przysadzistego krasnoluda. Trzymał kij, na którym wcześniej powiewało prześcieradło. Brodacz w końcu się podniósł i otrzepał.
– No, chłopie... jeszcze nikt mnie tak nie rozbawił – powiedział, wyciągając w stronę mężczyzny rękę i pomagając mu wstać. – Drumnow Bergis. Budowniczy i opiekun tych tuneli.
– Flyn Mernival. Trafiłem tu przypadkiem. – Spojrzał niepewnie na krasnoluda.
– Zazwyczaj jeśli ktoś tu trafia, staram się go przepędzić, po prostu strasząc – zaśmiał się Bergis – ale ty mnie rozbawiłeś. Widzisz. Ludzie zazwyczaj szybko się orientują, że światło pochodzi z mchu. Ty widać byłeś zbyt zajęty uciekaniem przed Fafnirem. – Brodacz ponownie się roześmiał. Skinął na mężczyznę i ruszyli korytarzami.
– Masz na myśli tamtego smoka?
– To Fafnir. Jest stosunkowo niegroźny, pod warunkiem, że nie jest się w jego typie. On lubi dobrze zbudowanych mężczyzn. Na całe szczęście nie przepada za niskimi.
– Zamierzał mnie zjeść?
– Zjeść?! – Śmiech ponownie wypełnił korytarze, ale tym razem nie był taki wesoły. – Jakby chciał cię zjeść, to już by cię tu nie było. Jeden z nich kiedyś wyznał mi w tajemnicy, że nie lubi zjadać ludzi, bo najpierw trzeba ich obrać z ubrań, a to dosyć kłopotliwe, ale jeśli się tego nie zrobi, mogą utknąć między zębami... Wolisz nie wiedzieć, co chciał z tobą zrobić Fafnir, ale chyba lepiej, żeby cię zjadł.
Flyn przełknął głośno ślinę. Resztę drogi przebyli w milczeniu. Szybko znaleźli się przy wyjściu, jednak nie przy tym, którym mężczyzna wszedł. Wydawało się, że to zupełnie inny świat. Jakby nagle wycięto wszystkie drzewa, spalono trawy, a całość przysypano piaskiem i kamieniami.
– Jesteśmy – mruknął niezadowolony Bargis. – Zakładam, że chciałeś się przedostać na drugą stronę gór. Oto i jesteśmy. Przed nami rozpościera się Pustynia Venir. Tam masz wieś. Zaopatruję się w niej w jedzenie i czasami przesiaduję w gospodzie pod Venirem. Mają naprawdę dobre piwo. – Klepnął mężczyznę w ramię, zamykając solidną kratę. – Na mnie już czas. Uważaj na siebie... duchu. – Odszedł, śmiejąc się głośno.
Flyn nie odpowiedział. Z łzami w oczach patrzył na czyste niebo. Nie widział tu ani jednego smoka, czy innego potwora. W końcu był bezpieczny.

Kwesta bezpieczeństwa szybko została wyjaśniona. Z całą pewnością jedzenie tutejszej zupy takie nie było. Flyn z westchnieniem odłożył łyżkę. Skupił się na kuflu piwa i kromce suchego chleba. Owszem. Był głodny, ale nie na tyle, żeby ryzykować życie jedzeniem tych pomyj, które karczmarz dumnie nazywał zupą.
Nikt w całej wsi nie miał konia, ani nie chciał powiedzieć, dlaczego nie należy się zapuszczać samemu na pustynię. Zmowa milczenia wisiała nieprzyjemnie w powietrzu, ale co poradzić? Po dniu przerwy, który poświęcił na odpoczynek i uzupełnienie zapasów, wyruszył w dalszą drogę.
Ludzie z wioski cały czas się dziwnie zachowywali. Niby każdy wypełniał swoje obowiązki, ale coś było nie tak. Kupił u szewca torbę na plecy, ale kiedy próbował zapytać o coś niezwiązanego z jego karmem, ten milkł. Tak samo, kiedy kupował jedzenie, czy jak kucharka wciskała mu tobołek z bułkami, które przygotowała mu na drogę (zamierzał się pozbyć tego zbędnego balastu na pierwszym lepszym postoju).
Coś było na rzeczy, ale Flyn nie miał czasu na dowiadywanie się, o co chodzi.
Brak konia zaczął mu doskwierać niemal od razu, kiedy wyruszył. Nogi zapadały się w grząskim piachu, a pełen plecak nieprzyjemnie ciążył. Szedł przez pustynię, starając się dojrzeć jej koniec.
Widział różne, dziwne rzeczy. Góry, smoki, ruiny i inne stworzenia, jednak za każdym razem, kiedy się zbliżał, obraz znikał. Czy to była ta fatamorgana, o której tyle słyszał w wielkich miastach? Szkoda, że nie miał okazji, żeby wypytać jakiegoś czarodzieja, co to za magia.
Kiedy słonce stało najwyżej na nieboskłonie, Flyn zrobił sobie dłuższą przerwę. To wtedy zobaczył ruiny. Na początku myślał, że to kolejna fatamorgana, jednak teraz, kiedy dotknął kamiennej ściany, zdał sobie sprawę, że to jest jednak prawdziwe.
Miał złe przeczucia. Nie chciał, żeby złapała go tu noc, więc czym prędzej zaczął się oddalać. Marzył już tylko o tym, żeby w końcu dojść do spokojnych lasów. Zostawić za sobą mgliste góry pełne smoków i pustynie, które mieszały mu w zmysłach.
Zbliżał się wieczór, a mężczyźnie wydawało się, jakby stał w miejscu. Możliwe, że zabłądził i zaczął bezsensownie krążyć. Krajobraz się w ogóle nie zmieniał.
Nagle na horyzoncie pojawił się tuman kurzu. Miejscowi chyba coś o tym wspominali. Burza piaskowa. Ponoć niebezpieczna rzecz. W jej przypadku należało się dokładnie owinąć, i przygotować na najgorsze. Piasek wdzierał się wszędzie, uniemożliwiając oddychanie i częstokroć grzebiąc podróżnika żywcem. Ale ta burza była dziwna. Ludzie mówili, że zawsze jest olbrzymia, a ta? Może była spora, ale Flyn inaczej to sobie wyobrażał. Nie minęło pięć minut, kiedy uświadomił sobie swój błąd.
To żadna burza piaskowa, tylko potwory!
Mężczyzna rzucił się do ucieczki, jednak okazała się ona bezcelowa. Stwory biegły szybciej od niego. Jedynym ratunkiem było chyba zakopanie w gorącym pisaku. A może to kolejna fatamorgana? Ale fatamorgana nie szczekała!
Zaczął panikować i modlić do bogów. Po chwili był otoczony przez stado koniopodobnych stworów. Tylko, że te były większe i miały dwa wielkie garby. Jeden z osobników ziewnął, ukazując dwa rządki szpiczastych, ostrych zębów, jak u drapieżników. Miały szerokie łapy, dzięki czemu nie zapadały się tak w piachu, jak Flyn.
Istoty pustyni. Czy to były Veniry, o których krążyły legendy?
Jeden ze stworów podszedł do mężczyzny, który starał się nie ruszać. Czuł jak zimny pot spływa mu po plecach. Zębaty pysk znalazł się kilka cali od twarzy człowieka.
– Dzień dobry – powiedział drżącym głosem. I tak nic mu już nie zaszkodzi, ani nie pomoże, ale zawsze można spróbować. Stwór cofnął pysk i spojrzał na niego kocimi ślepiami. – Widzicie. Mam pewną wiadomość do dostarczenia – odruchowo klepnął w torbę – i muszę już iść, więc jeśli pozwolicie...
Nagle stwór wyciągnął szybko długą szyję i szarpnął za plecak. Flyn powoli go ściągnął i otworzył. Nie był podarty, ani pocięty. Na wierzchu leżał prowiant od gospodyni. Na ostatnim postoju stwierdził, że jest niejadalny, ale doświadczenia sprzed kilku dni nauczyły go, że darowanemu koniowi... jedzeniu... wiadomo!
– Chcecie? – zapytał, wyciągając babeczko-podobne coś. – Nie zatrujecie się? – Zaśmiał się w duchu na to pytanie.
Wyciągnął na ręku jedzenie, które zaraz zniknęło w paszczy stwora. Reszta zaczęła nerwowo przestępować z nogi na nogę. Przewodnik stada, którym zapewne był ten przed Flynem, wydał tubalny dźwięk i wyciągnął łeb w stronę jednego z mniejszych osobników. Ten zaraz podszedł, opadł na kolana i położył się. Przewodnik szturchnął mężczyznę, popychając go w stronę stwora.
Co miał zrobić? Posłusznie podszedł. Nie był pewien, czego od niego chcą, dopóki...
– Chcecie, żebym na niego wsiadł? – zdziwił się, kiedy przewodnik drugi raz popchnął go pyskiem w stronę grzbietu leżącego.
Ja tu zginę – zaśmiał się w duchu, kładąc niepewnie rękę na grzbiecie zwierzęcia. Kolejne ponaglenie było bardziej agresywne i Flyn, chcąc nie chcąc, przerzucił nogę nad grzbietem Venira. Jedynie wieloletnie doświadczenie w jeździe konnej uchroniło go przed upadkiem, kiedy stwór gwałtownie wstawał. Bogowie raczą wiedzieć, co by się z nim stało, gdyby wylądował na ziemi. Skrzywił się na tę myśl i przesunął nieco w tył, w wygodne zagłębienie między garbami.
Przewodnik stada wybiegł na przód i ruszyli. Na początku wolno, jednak zaraz stwory przyspieszyły do ciężkiego kłusa. I po raz kolejny umiejętności jeździeckie okazały się niezastąpione. Wszystko byłoby idealnie, gdyby nie plecak, walący go w plecy i niepozwalający mu wygodnie usiąść.
Nie minęło dużo czasu. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, stwory zwolniły. Szły spokojnym, równym tempem, a kiwanie się w takt kroków powoli usypiało mężczyznę. Z półsnu wyrwało go nagłe zatrzymanie. Jego Venir bez ostrzeżenia opadł na kolana i się położył. Flyn momentalnie oprzytomniał i zeskoczył na ziemię, w obawie przed przygnieceniem. Była już noc, a stwory zatrzymały się chyba na odpoczynek. Wszystkie zaczęły się kłaść. Mężczyzna rozejrzał się dookoła. Było tu kilka niewielkich krzaczków i drzewek, jednak kiedy spojrzał przed siebie, zauważył, że jest ich o wiele, wiele więcej i wyższych. To by oznaczało, że znaleźli się na skraju lasu!
Nagle pojawił się też przewodnik stada i szturchnął go pyskiem w ramię. Posłaniec niepewnie sięgnął do plecaka i wyciągnął pseudo-babeczki. Jedną dał przewodnikowi, drugą temu, który go niósł. Nie chcąc bardziej ryzykować, zostawił resztę na ziemi (i tak nie byłby w stanie ich zjeść, a stworom możliwe, że nie zaszkodzą), podziękował i czym prędzej się oddalił.
W lesie było ciemno. Nie chcąc ryzykować zgubienia się, albo czegoś gorszego, mężczyzna zatrzymał się przy pierwszych, większych drzewach, w miejscu, gdzie ściółka zaczynała wypierać piasek. Tu było wystarczająco miękko i przyjemnie, żeby spędzić noc. Na razie było ciepło i nie widział potrzeby, żeby rozpalać ogniska, zresztą w plecaku spoczywał nowiutki koc, więc nawet, jeśli zrobi się mroźnie, Flyn nie miał się czego obawiać. Na wszelki wypadek jednak przygotował niewielki stosik i zapas gałązek. Nigdy nie wiadomo jakie stworzenie wypełźnie z mroku, żeby go pożreć. Takie myślenie nieraz uratowało mu życie.

Las wydawał się z niego drwić. Od dwóch dni szedł i szedł. Mimo że oszczędzał jedzenie, powoli zaczęło go brakować i Flyn nie był pewien, ile jeszcze wytrzyma.
– Chyba oszaleję – westchnął, podpierając się ręką o pierwsze lepsze drzewo. – Chyba już cię mijałem. – Spojrzał na charakterystyczną dziuplę i westchnął z rezygnacją.
Wiatr poruszał szumnie liśćmi. Mężczyzna miał czasem wrażenie, że drzewa się ruszają, ale to niemożliwe, prawda? Najgorszym momentem był ten, kiedy położył się spać na skraju łąki, a obudził się w środku dosyć gęstego lasu. Może lunatykował i to przez to zgubił drogę?
– Nie wiesz może, jak dojść do Celltown? – zapytał drzewa.
Flyn uważał się za człowieka zdrowego na umyśle i nie spodziewał się odpowiedzi. Naprawdę! Jednak jedna z gałęzi, jak na złość, wygięła się znacznie, pokazując kierunek, po czym drzewo odeszło... mężczyzna wzruszył tylko ramionami, podziękował i ruszył w dalszą drogę.
Cóż... przynajmniej nie próbowało go zjeść.
Nie minęło pięć minut, kiedy znalazł się w lesie druidów.
Po czym poznał, że to właśnie las druidów? Wszystkie drzewa, pnącza i inne rośliny rosły tu bujnie, utrzymywały jednak idealną harmonię i porządek. Niektóre zaplatały się w naturalne altanki, jakby chciały umilić życie opiekunów. Były tu też zwierzęta, które nie uciekały przed mężczyzną, tylko podchodziły zaciekawione i pozwalały się dotykać.
W oddali stali druidzi, ni to się modląc, ni to rozmawiając z wielkim dębem po środku czystego placu. Flyn wolał się nie zbliżać, żeby im nie przeszkadzać. Po prostu ruszył swoją drogą, kiedy podeszło do niego dwóch ludzi w druidzkich szatach.
– Witaj podróżniku. Drzewa o tobie mówiły – przywitał się jeden z nich.
– Witajcie bracia – odparł, kiwając głową. – Wybaczcie, że zakłócam spokój waszego sanktuarium, ale zgubiłem drogę. Drzewo wskazało mi drogę... i to wcale nie jest żart, czy...
– Leśne istoty chronią zbłąkanych ludzi i pomagają – powiedział drugi z druidów. Był o wiele młodszy od towarzysza, jednak miał w sobie to coś, co charakteryzowało wszystkich mędrców i kapłanów. Oczy. Przepełnione czymś nieuchwytnym. Trwałym, a zarazem delikatnym. – Pomogły ci uniknąć wielu niebezpieczeństw w złym lesie.
– Masz na myśli Las Potworów? – Po jego plecach przeszedł dreszcz. Wielu mówiło o czarnych drzewach i stworach, które czasami spomiędzy nich wychodziły. Osnute swoistego rodzaju kotarą niedopowiedzeń i domysłów, ponieważ niewielu widziało to na własne oczy, a jeszcze mniej osób to przeżyło i było w stanie opowiedzieć.
– Przyjaciele ci pomogli – dodał starszy druid.
– Nie rozumiem... Słuchajcie bracia. Nie mam wiele czasu. Muszę szybko dostarczyć...
– Pewną wiadomość – przerwał mu druid. – Wiemy i o tym. Drzewni przyjaciele znają wiele języków. Pustynni przyjaciele powiedzieli to im, a oni nam. – Flyn niewiele z tego rozumiał. Może druid najadł się za dużo porostów, czy innych grzybków? – Przygotowaliśmy dla ciebie posiłek i zapasy. Sami nie mamy wiele, ale z przyjemnością się podzielimy darami lasu.
– Naprawdę nie trzeba...
– Do stolicy tego kraju masz jeszcze dwa dni drogi pieszo – przerwał mu drugi druid. – Jeśli nasz przyjaciel się zgodzi, pomoże ci tam dotrzeć w kilka godzin. Wyglądasz na dobrego człowieka, więc myślę, że się zgodzi. Lotny nie przepada za obcymi, jednak ma dobre serce.
Wyobraźnia podsunęła Flynowi kilka obrazków. Na jednym z nich dosiadał osiodłany pieniek z wyrytym imieniem „Lotny”.
– Nie. Naprawdę nie trzeba. – Uniósł ręce w obronnym geście. – Poradzę sobie. Dziękuję wam. Prosiłbym tylko o wskazanie drogi.
– Nie doceniasz lasu. – Starszy druid uśmiechnął się tajemniczo. – Jeśli byś zmienił zdanie, nasz przyjaciel powinien czekać na drodze. – Wskazał ręką kierunek, a jego towarzysz wręczył Flynowi jakiś pakunek.
Pożegnali się i każdy ruszył w swoją stronę. Flyn do Celltown, druidzi do olbrzymiego dębu.
Lotny. Ciekawe o co im chodziło – zastanowił się w duchu, idąc leśną ścieżką. Teraz miał więcej czasu, żeby wszystko na spokojnie przemyśleć. – Może jednak jakieś inne stworzenie? Wielki ptak? Harpia? Hmm... przyjaciele z pustyni. Chyba nie mieli na myśli Venirów? Drzewni przyjaciele, którzy znają wiele języków... chyba nie... entowie?! A nawet jeśli...
Wyszedł na polanę. Na początku słońce go oślepiło, jednak zaraz przecierał oczy, nie dowierzając w to, co widzi. Przed nim, na środku łąki stał koń. Nie taki zwykły! Ten koń miał... skrzydła?! Piękny, olbrzymi, biały koń ze skrzydłami! Pegaz! Najprawdziwszy pegaz!
Ogier podszedł do mężczyzny i obejrzał z góry na dół, jakby oceniając. Obwąchał, dumnie odkłusował kawałek i stanął dęba, rozpościerając śnieżnobiałe skrzydła. Opadł i parsknął dwa razy, patrząc wyzywająco na Flyna.
– T-to ty jesteś L-l-lotny? – zapytał niepewnie. Ogier zarzucił łbem, jakby przytakiwał i podszedł do niego z gracją. – Mogę? – zapytał niepewnie mężczyzna, spoglądając na jego grzbiet.
Po krótkiej chwili wahania, ostrożnie dotknął pegaza. Nic się nie stało, więc już nieco pewniej, poklepał go po grzbiecie, a następnie podskoczył. Nie udało mu się wsiąść za pierwszym razem i skończyło się na tym, że stworzenie musiało podejść do sporego głazu, z którego mężczyzna spokojnie wskoczył.
Flyn bardzo starał się robić wszystko jak najostrożniej i najdelikatniej, ale kiedy nagle ogier ruszył z miejsca galopem, machając olbrzymimi skrzydłami, odruchowo uchwycił się grzywy. Nie był pewien, w którym momencie zamknął oczy, a kiedy je otworzył, zakręciło mu się w głowie. Byli wysoko. Gdzieś daleko w dole przemykały drzewa. Ze swojego miejsca mężczyzna widział niemal całą dolinę królestwa Cell. Za nimi wznosił się najbliższy masyw górski. Smocze Góry, a przed nimi była stolica. To właśnie do niej lecieli.
Widoki były nieziemskie. Odetchnął głęboko, jakby dopiero teraz poczuł, że żyje. Stwierdził, że może teraz zginąć szczęśliwy, że warto było tyle ryzykować. Nawet dla kilku sekund lotu. Na grzbiecie pegaza było zaskakująco wygodnie. Nogi zaparł o skrzydła, dzięki czemu nie przesuwał się na szyję stworzenia, kiedy zniżało lot. Nie trzeba było kierować, ani myśleć. Oczywiście upadek z takiej wysokości, skończyłby się tragicznie, jednak poczucie lekkości i swobody było nie do opisania.
– Niesamowite – jęknął z zachwytem. Ogier w odpowiedzi zarzucił łbem i zatoczył koło, ku radości jeźdźca.
Łatwo było się dostosować do lotu. Doświadczenie jeździeckie, jakie posiadał, podpowiadało mu, jak przenieść środek ciężkości. Pegazowi też wyraźnie się to spodobało i kiedy zbliżyli się do miasta, wydawał się niezadowolony. A może to dlatego, że było tu mnóstwo ludzi? I wszyscy na nich patrzyli?
Lotny wylądował niedaleko Głównego Muru miasta i jedynej bramy. Flyn zsunął się z jego grzbietu i zajrzał do plecaka. Wydawało mu się, że jeszcze nie zjadł ostatniego jabłka, które znalazł w lesie. Poklepał ogiera po szyi i wręczył owoc. Potem z żalem patrzył, jak stworzenie ucieka, ale zaraz skierował się w stronę miasta, żałując, że musi dostarczyć wiadomość. Ileż by dał za jeszcze chwilę lotu!
– Muszę się dostać do pałacu – oznajmił, podchodząc do strażnika, który stał z rozdziawioną gębą i patrzył za pegazem. Nawet nie silił się na odpowiedź, kiedy...
– Posłaniec? – Pytania nie zadał strażnik, tylko ktoś za plecami Flyna.
– Tak – odpowiedział, obracając się. Zobaczył odzianego w ciemnoszare, niemal czarne szaty wysokiego człowieka, który wyłonił się z cienia. Nie widać było cala jego skóry. Jedynie oczy. Zimne i beznamiętne, jak jego głos. Charakterystyczna osłona głowy, z długimi rogami, które sterczały do tyłu, upewniła Flyna, że to jeden z osławionych Dragonów Celltown.
– Za mną – polecił zamaskowany, ruszając przodem.
Miasto było niesamowite. Pierwszy, największy mur, oddzielał je od rozległych pól i dalszych lasów. Idealna twierdza, chroniąca nawet najbiedniejszych, których dzielnicę teraz mijali. Wszechobecny ścisk jednak im nie przeszkadzał. Ludzie, widząc Dragona, rozstępowali się, niemal uciekali z drogi. Flyn szedł niepewnie, czując się jak jakiś więzień. Nie minęło wiele czasu, a doszli do kolejnego muru i bramy.
Znaleźli się w o wiele bogatszej dzielnicy, o czym świadczyła sama brama – misternie wykonana, ciesząca oko. Zdobne fasady i ogródki przed budynkami były takim przepychem, w porównaniu do obdartych ścian poprzedniej dzielnicy, że mężczyzna poczuł niesmak. To z całą pewnością była dzielnica szlachty. Tutaj ulice były niemal puste. Ludzie nie uciekali przed zamaskowanym, jednak w ich oczach było widać lęk, którego usilnie próbowali nie okazywać.
Kilka minut szybkiego marszu i stanęli przed ostatnim murem. Trzeba było przejść kawałek wzdłuż niego, żeby dotrzeć do niewielkiej bramy. Chyba dopiero ona była naprawdę chroniona. Było tu aż sześciu strażników. Nie opierali się o trzymane halabardy, lecz stali w gotowości, jakby w oczekiwaniu na nagły atak. Już z daleka Flyn zauważył, że przyglądają się każdemu, kto ich mija. Niektórych zatrzymywali i przeszukiwali, innych po prostu nie wpuszczali, jednak Flyna przepuścili bez słowa.
I znowu. Kiedy przeszli przez ostatnią bramę, znaleźli się w zupełnie innym świecie.
Nazwanie tego ogrodem różanym to obraza! Alejki były tu wysypane białym piaseczkiem, idealnie poprzycinane i ukształtowane krzaki róży z pięknymi, wielobarwnymi kwiatami, których zapach unosił się dookoła. Nie zabrakło też rzeźb, fontann i altan. A wszystko utrzymane w jak najlepszym smaku. Chciało się zatrzymać i posiedzieć wśród tych cudów, jednak przewodnik nie zwolnił ani na moment.
Sam pałac, wybudowany z białego kamienia, wznosił się pośrodku różanego cuda. Z prawej, kawałek od pałacu, majaczyła wysoka wieża, jednak Flyn nie zwrócił na nią większej uwagi. Właśnie zbliżali się do olbrzymiego wejścia, którego pilnowali kolejni strażnicy. W końcu będzie mógł pozbyć się tej cholernej wiadomości. Odruchowo sprawdził, czy spoczywa spokojnie w torbie i... Momentalnie zamarł.
Z przerażeniem zrzucił plecak i zaczął się oklepywać po ubraniu, w poszukiwaniach. Nigdzie jej nie było. Zaczął przekopywać plecak, kiedy stanął nad nim ten dziwny człowiek.
– Wiadomość została już dostarczona królowi – oznajmił beznamiętnym głosem. – Król chce ciebie wiedzieć.
– Ale... Kiedy? Jak? – zapytał, nie rozumiejąc. – Przecież cały czas była w torbie... i...
– Została ci odebrana w bramie miasta. Musieliśmy sprawdzić, czy jest bezpieczna i nie ma na niej klątw. Król chce cię widzieć – powtórzył.
Flynowi zakręciło się w głowie. Nie rozumiał tego człowieka. Kiedy zabrał mu wiadomość? Jak? I... król chce go widzieć? Dlaczego?
– Prowadź. – Pokręcił głową, wzdychając ciężko.
Nie szli długo. Minęli zaledwie dwie poczekalnie i weszli do sali audiencyjnej. Nie było tu przepychu. Jedynymi ozdobami były flagi, herby i kilka portretów. Byli to poprzedni władcy Cell. Każdy z nich miał złotą koronę, którą Flyn widział teraz na żywo, na głowie obecnego króla. Maris z rodu Rioni. Ponoć cechował go wybuchowy charakter.
Posłaniec szedł wyprostowany, uważnie stawiając kroki. Był pewien, że jeden fałszywy ruch i skończy w lochach, albo mogile. Zatrzymał się dosyć daleko od podwyższenia z potężnym tronem, na którym zasiadał sam Maris. Opadł na kolano i pochylił głowę.
– Flyn Mernival. Do twych usług, panie. – Starał się mówić głośno i wyraźnie. Już nieraz musiał dostarczać wiadomości wysoko urodzonym ludziom, jednak jeszcze nigdy nie dostarczał wiadomości królowi!
– Wstań, Flyn – polecił władca. – Słyszałem, że zjawiłeś się tu w dosyć nietypowy sposób.
– Tak, panie – odparł, stając na baczność. Król zachęcił go gestem, żeby mówił. – Jechałem drogą przez Smocze Góry, jednak mój koń padł ofiarą smoków. Ledwie mi się udało umknąć. Następnie podróżowałem przez pustynię Venirów, gdzie spotkałem te niezwykłe stworzenia. W lesie ochraniały mnie drzewa, które wskazały drogę do druidów, którzy z kolei powiedzieli o Lotnym, który pomógł mi się tu dostać. Nie rozumiem z tego za wiele, jednak spieszyłem się, żeby dostarczyć tę pilną wiadomość.
Król skinął głową i rozłożył list. Flyn rozpoznał go nawet z daleka. Przez to cholerstwo omal nie został pożarty! Kilka razy!! Miał chociaż nadzieję, że na coś się przyda królowi, który może przecież hojnie wynagrodzić Posłańca.
– Rozumiem – westchnął władca. – Wiesz, co było w tej wiadomości? – zapytał, machając pergaminem. Posłaniec niepewnie pokręcił głową. – Pozdrowienia i zaproszenie na herbatę. Nie dosłownie, rzecz jasna, jednak osobą, która wysłała wiadomość, jest mój stary znajomy. – Flyn zachwiał się i gdyby nie majestat, zacząłby wyć ze wściekłości. – Jest tu również rekomendacja dla ciebie. – Król uśmiechnął się nieznacznie. – Jeśli chciałbyś zostać jednym z moich osobistych Posłańców, Flynie Mernival, przyjmę cię od razu.
– To... wielka łaska, panie. Nie zasłużyłem... – odparł zdumiony Flyn. Do króla podszedł zamaskowany człowiek i powiedział coś cicho. Władca skinął głową.
– Dostarczyłeś wiadomość w niecałe dwa tygodnie, gdzie inny goniec nie ryzykowałby i pojechałby dookoła, marnując miesiąc, zakładając, że nie napotkałby na utrudnienia. Udało ci się przeżyć w trudnych warunkach. To wystarczająca rekomendacja. – Posłaniec ponownie się skłonił, czując, że zaraz zemdleje. – Masz czas na decyzję do wieczora. Jeśli jednak już się zdecydowałeś, mszę wysłać odpowiedź na zaproszenie...
– Dziękuję, panie! Nie zawiodę, panie! Dostarczę wia... – zawahał się. – Jednak nie mam konia.
– Z tym nie będzie problemu. Ponoć na dziedzińcu czeka niecierpliwie pewien pegaz.
Więcej nie trzeba było. Ktoś podał posłańcowi zapieczętowany list. Flyn złapał go w biegu i umieścił bezpiecznie w torbie. Wyleciał na dziedziniec, strasząc służki, gwardzistów i Lotnego. Pegaz spojrzał na niego z wyrzutem. Posłaniec poklepał go po szyi i wręczył skradzione z tacy jednego z lokajów obrane jabłko.
– Chciałbyś mi towarzyszyć w pracy? – zapytał szczęśliwy. – Mam wiadomość do dostarczenia. – Lotny zarzucił łbem i stanął bokiem do mężczyzny. – Potem dostaniesz tyle jabłek, ile tylko będziesz chciał – zapewnił, wskakując lekko na grzbiet stworzenia.
Więcej pegaz nie potrzebował. Wspiął się na zadnie nogi, machając skrzydłami, po czym rzucił w galop. Wydawało się, jakby chciał przeskoczyć nad żywopłotem, jednak nie opadł za nim. Kiedy przelatywali nad miastem, Flyn śmiał się głośno.
Przypomniał sobie słowa króla i wyszczerzył zęby.
„Pamiętaj. To pilna wiadomość.”