czwartek, 21 maja 2015

Wyprawa z Czarownicami do Teatru Norwida

[Uwaga! Nie jest to tekst dziennikarski, tylko przemyślenia spisane na szybko.
Użyte zdjęcia pochodzą ze strony teatru.]

Nie przepadam za kawą. Za jej smakiem, zapachem. Pijam ją zazwyczaj do towarzystwa albo w formie deseru, w którym jest więcej cukru, niż kawy jako takiej. Jednak kiedy dzisiaj robiła ją po raz pierwszy od ponad miesiąca, uświadomiłam sobie, że jestem zupełnie niczym Matka Chrzestna z Wyprawy Czarownic.


Z twórczością Terrego Pratchetta jeszcze się dobrze nie zapoznałam, a cała moja wiedza opiera się na ekranizacji Wiedźmikołaja (urywków filmów animowanych). Ostatnio doszła do tego wiedza z przedstawienia teatralnego o tym samym tytule, co wspomniana już Wyprawa Czarownic.
Sztukę grano w Teatrze Norwida w Jeleniej Górze, na sali kameralnej. Cena biletu ulgowego wynosiła zaledwie 20,00 zł. Poszliśmy 30 kwietnia, na ostatni, ósmy spektakl.
W samym programie nie ma nic o treści spektaklu. Znajdujemy w nim podstawowe informacje o zespole, zdjęcia dekoracji i Śpiącej Królewny. Dużym plusem jest za to strona poświęcona Terremu Pratchettowi, gdzie dopiero znajdujemy akapit opisu Świata Dysku. Cóż, spodziewałam się więcej tam znaleźć, a znalazłam w internecie.

(Pewien Drwal, w którego wcielił się Filip Jasik)

Tuż przy wejściu do małej, prostokątnej sali, w cieniu stał odziany w czerń i zbroję manekin z kosą w ręku. Aż mi się wyrwało na głos: jaki fajny! Ledwie się powstrzymałam, żeby go nie pomacać. Ach, ta kosa! Ach, ta płyta!
Na samym środku sali ustawiono wielki stół, na którym bałagan był tak wielki, że nawet mama musiała przyznać, że w porównaniu do tego, w moim pokoju jest porządek (a wszyscy wiedzą, jakie są mamy i pokoje). Z drugiej strony sali stał kolejny stolik, a pod nim... pod nim spał idol wszystkich dzieci, grany przez fenomenalnego Bogusława Kudłeka, Greebo. Nie żartuję. W życiu nie widziałam, żeby aktor przeżuwał dekoracje na scenie i tak doskonale odwzorowywał sposób, w jaki robią to koty... Ciekawe, ile ćwiczył. Jestem fanką tego konkretnego Greebo!

(Bogusław Kudłek jako Geebo)

Miejsca nie były numerowane, więc dziękuję gorąco mamie, która uparła się, że będzie stać pod drzwiami i jak tylko zaczną wpuszczać, zajmie dla wszystkich obok siebie. A jeszcze serdeczniej jej dziękuję za to, że zrezygnowała z pomysłu, żeby usiąść w drugim czy trzecim rzędzie i zajęła miejsca w pierwszym. Co warto zaznaczyć, siostra (która jest wielką fanką Świata Dysku) usiadła po mojej prawej, a ja siedziałam praktycznie na środku.
Dlaczego te miejsca są tak ważne? Bo widziałyśmy dokładnie, co się działo na scenie. Dodatkowo siostra miała całe buty zaplute (jakoś niefortunnie usiadła – hehehe), a książę przymierzał, czy pasuje na mnie pantofelek.

Co do treści spektaklu, Wyprawa Czarownic to opowieść o trzech czarownicach, które wyruszają do Genoi. Są to Esme Weatherwax (Iwona Lach), Gytha Ogg (Magdalena Kępińska) i Magrat Gaelic (Anna Ludwicka-Mania). Podstępem posyła je tam Matka Chrzestna, Dezyderata... I tu wrócę do kawy!
Spektakl zaczął się od cudownej sceny, w której Dezyderata gości ŚMIERĆ.
Ów „manekin”, który stał przy wejściu, a którym się zachwycałam na głos, nagle zaczął ostrzyć kosę. Muszę przyznać, że problem DIALOGÓW został świetnie rozwiązany głośnikami i efektem (chyba) pogłosu. Podczas przecudnej rozmowy Matka Chrzestna słodziła herbatę. Żałuję, że nie liczyłam, ile ona tam tego wsypała, ale przez dosyć długi monolog cały czas machała łyżeczką. Już lepiej by się sprawdziło, jakby przechyliła cukierniczkę. Później wymieszała i spróbowała... Oczywiście wypluła z obrzydzeniem i dosypała kilka kolejnych łyżeczek, po czym dopiero zaczęła pić. Później jedna z czarownic łyżeczką sprawdzała zawartość filiżanki i widziałam jak ten lukier ledwie z niej spływa. (I oto odpowiedź, dlaczego ten spektakl kojarzy mi się z moją kawą).
Trzy czarownice, uzbrojone w „głowologię” i miotły, spotykają na swojej drodze wiele ciekawych osobistości. Mając za nic kanony i oklepane zakończenia opowieści, ratują Czerwonego Kapturka przed pożarciem i budzą Śpiącą Królewnę. No i jeszcze cel ich misji – niedopuszczenie, żeby Ella wyszła za rechoczącego księcia.
Zadziwiła mnie jedna z aktorek, Agata Grobel, która wcieliła się nie w jedną, nie w dwie, ale aż w sześć różnych postaci! Odegrała doskonale naiwnego Czerwonego Kapturka, marzycielską Śpiącą Królewnę, niesamowicie zabawną Dezyderatę i Ellę.

(Z lewej Esme, w środku Magrat no i oczywiście Śpiąca Królewna)

Kolejnym aktorem, który miał kilka różnych ról (czego dowiedziałam się dopiero z programu!), jest Filip Jasik z krakowskiego PWST. Zagrał on szulera, Drwala i Duca!
Wszystkie postacie były charakterystyczne, żadna nie była nijaka.
Scenografia i to, co było wyświetlane na ścianach, dodawało czaru i niesamowitości, którymi dla mnie odznaczył się ten spektakl. Lekkość oprawy sprawiała, że nawet obecne na widowni małe dzieci, bez problemu wytrzymały całość. Za to do dorosłych skierowany był głębszy przekaz.
Kto co wyniósł, jego sprawa. Ja się świetnie bawiłam i jakby ktoś pytał, to gorąco polecam!





Więcej linków:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarz zostanie udostępniony po weryfikacji antyspamowej.