czwartek, 30 października 2014

Jeleniogórskie... Zaduszki Jazzowe?

Bilety z tramwaju
Moja kochana mama ma to do siebie, że czasami zaskakuje. Potrafi ni z tego ni z owego podejść i powiedzieć: „kupiłam sobie nową bluzkę, ale jest za mała” (w domyśle: ubierz to i zacznij wyglądać jak człowiek) albo pomachać przed nosem biletami i oznajmić, że mam nie planować sobie wieczoru. Tak też było teraz.
Skróciłam ostatnie warsztaty kreatywnego pisania, które miałam przyjemność prowadzić i mogłyśmy jechać. Po kłótni o to, gdzie mam zaparkować i doczłapaniu na miejsce, nieco przytłoczyła mnie ilość dobrze ubranych osób. Wyglądałam pewnie lepiej, niż pan, który przyszedł we flanelowej koszuli w kratę, ale zdecydowanie gorzej, niż większość kobiet. Całych na czarno. „Co to, Zaduszki Jazzowe?” zapytała mama, z uśmiechem zerkając na bilety.
Mnie zaś bardziej nurtował rozmiar sali.
Od ponad godziny wysłuchiwałam, jaki to wspaniały i cudowny koncert. Logicznym wydawało się, że powinien odbyć się na naprawdę dużej sali. Najlepiej takiej z kryształowymi żyrandolami i w ogóle. Do Filharmonii nie chadzam często, a ostatnio byłam tam na świetnym koncercie, gdzie grała cała orkiestra i sala wydała mi się nieco większa.
Widać nie jestem obyta i wychodzi to razem ze słomą z moich butów ;) Kolejnym „szokiem kulturowym” było to, że sporo osób robiło zdjęcia (co również mnie ośmieliło, skoro zamierzałam napisać jakiś tekst).
„Tss, mamo... a skąd tak w ogóle masz bilety?” – zapytałam, w przerwie pomiędzy jej zachwalaniami.
„Jak to skąd? Z tramwaju.” – Przyznaję, chwilę mi zajęło skojarzenie faktów. A zabawna anegdotka o ostatnich biletach i wygrzebywaniu drobniaków nie jest moja, więc zamilknę.

Okiem laika
JGJ Festiwal – Jeleniogórskie Gwiazdy Jazzu to coś naprawdę godnego polecenia! Nie było prowadzącego, osoby, która by coś mówiła, ubierała to w jakąś ideologię. I chyba dobrze. Odniosłam silne wrażenie, że chodziło o dobrą zabawę – i nie mam na myśli widowni! Z twarzy Marka Napiórkowskiego (gitarzysta) nie schodził uśmiech, Adam Czerwiński (perkusja) chyba żuł gumę i często rzucał ewidentnie zabawne uwagi do Wojciecha Karolaka (organy Hammonda), który miał na sobie koszulkę jakiejś drużyny piłkarskiej. Ba! Nawet podczas solówek jeden śmiał się, słysząc, co drugi wyczynia!
Po raz pierwszy słyszałam na żywo organy Hammonda. Powiem tyle: WHOA! Coś niesamowitego! Wojciech Karolak, jak powiedział podczas przedstawienia pan Napiórkowski, jest niesamowitym mistrzem. I udowodnił to ze sporym przytupem. Chodzi o to, że kojarzyłam ten dźwięk z utworów jazzowych, ale nigdy jakoś nie przebił się do mojej świadomości. Tutaj organy były rozpoznawalne, miały swój charakter. Nie stanowiły szarego tła. 
Podobnie sprawa się ma z perkusją.
Wyobraźcie sobie taką scenę: perkusista gra swoje, wali w bębny i nagle... mówi coś do siedzącego obok muzyka i odkłada pałeczki, żeby wydobyć z bębnów zupełnie inny dźwięk za pomocą... poślinionego palca. Nie wiem, czy zaskoczył tym gitarzystę, ale niewątpliwie tamten musiał powstrzymywać śmiech. Cóż. Publika się nie powstrzymywała, a po ostatnim dźwięku nagrodziła gromkimi brawami kreatywność i poczucie humoru. (Oki, może znowu wychodzi mi słoma z butów i to coś zupełnie normalnego, ale ja o tym nie wiem i chcę się cieszyć dalej :D). Z całej trójki, na niego najlepiej mi się patrzyło. 
Ach i ta gitara! Aż nie wiem, co można by o tym napisać. Widać było, że Marek Napiórkowski jest osobą, która kocha to, co robi i robi to, dając z siebie trzysta procent. Patrząc teraz na zdjęcia, nie jestem pewna, czy nie przywidziało mi się, że podczas solówki zrobił się czerwony na twarzy. Porwał całą salę do tego stopnia, że siedzieliśmy z zapartym tchem i dopiero pan Czerwiński z uśmiechem przypomniał, że wypadałoby nagrodzić solówkę brawami.

Za chwilę rozwalimy tę budę”
Powiedział po drugim utworze pan Napiórkowski, niejako potwierdzając moje obawy.
Godzinę wcześniej miałam z moją kochaną mamą maleńką awanturę o głośność puszczonej w samochodzie muzyki (tuż przed awanturą o temperaturę). Według niej było o wiele za głośno (zazwyczaj słucham dwa razy głośniej) i ściszyła tak, że silnik zagłuszał orkiestrę ze starego iPoda. Na koncercie musiałam ukradkiem zatykać ucho, a i tak bębenki mi wysiadały.
Nie wiem, może i to taki zwyczaj, nieco ogłuszać albo grać jak dla przygłuchych, ale naprawdę. Nieco ciszej i byłoby o wiele lepiej. 
Chociaż trzeba przyznać – czułam muzykę w trzewiach. Dosłownie! ;)

Masło wyborowe
Świetny komediant o niesamowitym głosie – tak mogę opisać StanisławaSojkę, który po kilku utworach wkroczył na scenę. Od razu usiadł do fortepianu i zaczął grać, jakby to pierwszy utwór (niestety nie znam tytułu, ani nie pamiętam, jak to szło) stanowił powitanie.
Podczas kolejnego, „Absolutnie Nic”, pan Sojka udowodnił, że potrafi nawiązać kontakt z publicznością. Razem z nim śpiewaliśmy te dwa proste słowa, a kiedy tylko nasz zapał opadał, upominał nas, sprawnie wplatając w tekst „nie słyszę was”.
Pojawiły się również utwory takie jak „Zycie to krótki sen”, czy „Tango Memento Vitae”.

Straszne ręce!
Wraz z powrotem pozostałych artystów, na scenie zagościł zagraniczny repertuar. Pan Sojka oderwał się od fortepianu i podszedł na środek sali, gdzie zaśmiał się, że teraz nie wie, co zrobić z rękami, jednak ma za sobą świetny zespół i na pewno się uda.
A teraz połączmy świetny zespół i świetnego wokalistę. Co nam wyjdzie?
Pan Sojka zaśpiewał tak, że klękajcie narody! Czapki z głów i w ogóle! Od dawna nie słyszałam naprawdę dobrego wokalu i zostało mi to brutalnie uświadomione. Dodatkowo różnicę stanowiło to, że kiedy występował sam, śpiewał po polsku, a teraz przerzucił się na język angielski.
„Since I met You baby” czy „You've Got a Friend” zostały ubrane we wspaniałą oprawę instrumentalną (podczas której rozpływałam się nad tym, co robi perkusista).
Widać, naprawdę było widać, że wszyscy na scenie doskonale się bawią!

Instytucja kulis...
...nie jest taka głupia. Utrudnia wykonanie bisu” powiedział jeden z panów. 
Szkopuł w tym, że jakoś słabo kulisy zadziałały, bo wszyscy zebrani stali i klaskali tak długo, że artyści nie mieli wyboru i w końcu wyszli i zagrali. 
Dwa razy ;)
Pod koniec wyszło też na jaw, że kilka dni wcześniej Marek Napiórkowski miał urodziny. Kilka osób (w tym ja) zaczęło na widowni śpiewać „Sto lat”, niestety zanim się zrobiło z tego huczne „Sto lat”, przerwał nam pan Sojka i sam zaśpiewał... Pomagaliśmy ;)
Nie wiem, czy kogokolwiek zachęciłam do pójścia na koncert jazzowy. Ja pójdę!

Więcej o festiwalu można znaleźć: tutaj i polecam jeszcze tutaj.





wtorek, 14 października 2014

Literackie eksperymenty

Wczoraj zaczęłam powoli się zabierać za sprawdzanie tekstów. Odkryłam, że kopie zapasowe podesłane na własnego maila, czy na pendrive są bardzo ważne. Nie mogłam znaleźć jednego tekstu, gdzie powinien był być - straciłam kilka plików, bo nagle laptop się na mnie obraził. Ale spoko, już się dogadujemy!
No więc szperam i szukam... i nagle znalazłam coś, co się nazywa "Rozdział 1". Wielkie było moje zdziwienie, kiedy to otworzyłam i zaczęłam czytać, a jeszcze większy banan na ustach, kiedy skończyłam (i zaróżowione czoło od licznych uderzeń otwartą dłonią).

"Prawdziwy mag bojowy zna wiele czarów, które zwiększają jego sprawność fizyczną. Radzi sobie doskonale z przeciwnościami losu, a w szczególności z tymi, które niespodziewanie się na niego rzucają! Jakim więc cudem garstka tych gejowskich istot obiła go do nieprzytomności?
Odpowiedź nasuwała się sama: był idiotą. Skończonym pasztetem, ofiarą losu i wszystkim tym, co nie nadawało się do zjedzenia.
Ale taki Robert już był. Nefel spojrzał na maga z pewną dozą czułości, jak tak sobie leżał zwalony z urwiska. Kończyny zabawnie sterczały na wszystkie strony, a tamta ręka nawet zginała się w dziwnym miejscu, pod dziwnym kątem. Duch nie był pewny, czy śmiać się, czy płakać.
Wybrał tę pierwszą opcję i od razu ruszył szukać pomocy.
– Czop niemyty – stwierdził poetycko pod adresem przyjaciela."

Tak, ten tekst mi się podoba i nie dbam o to, co mówią inni :)
Ale pomysł, żeby napisać coś z perspektywy Nefela jest naprawdę ciekawy... i niepokojący.

poniedziałek, 13 października 2014

Dziennik z Siedmiogrodu: 2

Od pewnego czasu czuję presję, żeby coś tutaj napisać – obiecałam kiedyś sobie, że będę publikować cokolwiek na tym blogu przynajmniej raz w miesiącu.
Sierpień i wrzesień upłynęły dosyć pracowicie, mianowicie: miałam praktyki w Urzędzie Miejskim Szklarskiej Poręby. 
Świetna sprawa, mówię Wam. Oczywiście pierwszego dnia zaliczyłam wtopę, ale co tam, później było coraz lepiej. Podczas praktyk nauczyłam się naprawdę wiele i jestem wdzięczna wszystkim osobom za wsparcie, pomoc i przede wszystkim za wyrozumiałość. Panu Sekretarzowi za to, że mnie przyjął i znosił ciągłe wizyty, całemu działowi Promocji Miasta, za poświęcony czas i wyrozumiałość, wszystkim z MOKSiALu, za świetną zabawę i pomoc w organizacji warsztatów i przede wszystkim ulubionemu Redaktorowi, który mężnie przebijał się przez kolejne maile. Świetni ludzie!
Popełniłam sporo tekstów, napstrykałam mega dużo zdjęć. Nauczyłam się, co powinno znaleźć się w takim tekście i na zdjęciu. Gdzie chodzić i zdobywać informacje.
Oczywiście miałam również mojego mrocznego przeciwnika, antagonistę, którego nie chciałby drażnić nawet Sauron... słaby zasięg. Przez to draństwo mam bardzo słaby internet i dalej mężnie walczę, żeby zdobyć internet na kablu...
Przez minione dwa miesiące poznałam sporo ciekawych osób, byłam na mnóstwie cudownych imprez, z których najczulej wspominam (bo miałam najwięcej roboty): Festiwal Rowerowy i ArtSkwer. 
Kilka zdjęć umieściłam poniżej. Trudno było coś wybrać z tych zrobionych TYSIĘCY!



Z nowości: dzięki warsztatom, które prowadzę, zmieniłam swoje nastawienie do pisania. Skończyłam również drugą w życiu powieść, jednak tym razem jest to taka, której nie wstydzę się (aż tak) pokazać wydawcy. Pozostaje jeszcze korekta i spróbuję to podrzucić pewnemu dobremu człowiekowi (razem z koszem babeczek).
Mam nadzieję, że do końca tego roku okaże się, czy mam predyspozycje do zostania pisarzem...
A że oczywiście mam i mój tekst jest tak genialny, że po wydaniu w tydzień zostanie bestselerem, mogę już zacząć ćwiczyć podpisywanie książek :P Przecież miałam zaczepistych mistrzów!! ;)





ArtSkwer








Festiwal Rowerowy:
















Zostałam poproszona o zajęcie się SkateParkiem. Okazało się, że pomimo moich przypuszczeń, ci zawodnicy są najmniej przyjaźnie i entuzjastycznie nastawieni. Tyle narzekań, co się tam nasłuchałam, nie słyszałam nigdzie - a byłam WSZĘDZIE!












Zawody w Grzybobraniu!

(bardzo pozytywna impreza)